Cóż to były za piękne czasy, kiedy inteligencja była jedna, określona i dawało się ją zmierzyć wygodnym testem. Komu to przeszkadzało?

Był początek XX wieku i iloraz inteligencji był jasną etykietką szufladkującą ludzi: zdolny, przeciętny, nierokujący.

"U człowieka, nie licząc prawdopodobnie moralności, nie ma nic ważniejszego niż IQ" - zwykł mawiać amerykański psycholog Lewis Terman, zagorzały wyznawca współczynnika IQ. Mitycznego ilorazu, który jednoznacznie określał, czy należymy do klubu wybitnie inteligentnych, czy raczej wręcz przeciwnie.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej