Rozmowa z Kim Deal*

Joanna Wróżyńska: Przez lata byłaś jedyną dziewczyną w Pixies, cenionej rock and rollowej kapeli. Było ci tak trudno, że aż potem założyłaś zespół złożony z prawie samych kobiet?

Kim Deal*: Bywało samotnie. Teraz, w The Breeders, jest dla odmiany tylko jeden facet - nasz perkusista. Czasami patrzę na niego i zastanawiam się, czy jest z nami samotny. Ale potem przypominam sobie, że dźwiękowiec jest kolesiem, podobnie tour manager i menedżer sceny. Więc pewnie jest mu łatwiej niż mnie kiedyś. W Pixies byłam jedyną laską w zespole i w całej trasie. To dziwne uczucie.

Spotykałaś się z seksizmem?

- Pewnie, że tak! Totalnie! Zastanawiałam się wtedy, czy taki koleś jest po prostu fiutem i zachowuje się tak w stosunku do każdego, czy traktował mnie tak, bo jestem dziewczyną. Pamiętam dokładnie, jak w czasie trasy z „Surfer Rosa” Pixies byliśmy w Los Angeles. Mniej więcej 1988 rok, whisky, kluby go-go. Mieliśmy próbę dźwięku i był tam jeden gość, który w ogóle mnie nie słuchał, nie wykonywał żadnych moich poleceń. Od razu pomyślałam sobie, że zachowuje się tak, bo ma do czynienia z dziewczyną. Strasznie się zagotowałam. Ale chwilę później zobaczyłam, że zachowywał się dokładnie tak samo w stosunku do naszego wokalisty i do gitarzysty. Byłam tak przekonana, że jest seksistą, że nie przyszło mi do głowy, że był po prostu dupkiem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej