Cztery lata temu na jednym ze spotkań w Akademii, którą prowadzę, pojawił się nieznajomy – opowiada Diana Poteralska-Łyżnik, właścicielka Good Life Academy. – Usiadł z tyłu, za mną. Przez całe spotkanie czułam na sobie jego wzrok. Po spotkaniu podszedł i powiedział: „Mamy ze sobą bardzo dużo wspólnego”. I podał swoją wizytówkę, na której było napisane: „coach, kucharz, żeglarz”. Zaczęłam się śmiać. Miałam 52 lata, byłam dojrzałą kobietą, a tu jakiś młody facet w crocsach. Przyglądałam mu się z rozbawieniem. A on zaczął opowiadać, że parę lat temu kompletnie zmienił swoje życie, odszedł z korporacji, mieszka w kamperze, żyje za 300 zł miesięcznie i jest mu z tym dobrze. Mówił i mówił, był bardzo otwarty. Bawiła mnie ta sytuacja, ale coś się wtedy między nami zadziało... Od 11 lat byłam sama i było mi z tym bardzo dobrze. Teraz jakbym dopuściła do siebie myśl, że znowu z kimś mogę być.

Kiedy się dowiedziałam, ile ma lat, trochę się przestraszyłam. O 15 lat ode mnie młodszy! Ale byłam w takim momencie życia, że nie chciało mi się już spinać. Z mężem równolatkiem rozwiodłam się dawno temu. Sama wychowałam dwójkę dzieci. Przez lata byłam szefem PR i rzecznikiem prasowym w dużej korporacji – prowadziłam życie na wysokich obrotach. Kiedy miałam 43 lata, przeżyłam wylew. Powód: notoryczny stres i przepracowanie. Wyszłam z tego, ale dało mi to do myślenia. Zaczęłam nad sobą pracować: dieta, joga, terapie, warsztaty... Po wielu latach pożegnałam się na zawsze z korporacjami i poszłam za swoim marzeniem: założyłam własną firmę i stworzyłam Good Life Academy.

Więc pomyślałam: niech się dzieje, co chce! Zobaczę, co mi życie przyniesie. Nie zastanawiałam się, czy nasza relacja potrwa tydzień, miesiąc czy dziesięć lat. Po prostu płynęłam – cieszyłam się tym, co się między nami wydarza, z radością to obserwowałam. Robiłam eksperyment na żywym organizmie. Nie miałam wobec niego wymagań i nie stawiałam granic. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżyłam. Czułam radość, że możemy być razem, ale nie miałam poczucia, że bez niego nie mogę żyć, bo wiedziałam, że mogę, i to bardzo dobrze. Byłam spełniona: miałam odchowane dzieci, stabilizację finansową, własną firmę.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Matki 40+. Kto powiedział, że nie można przez pół życia być samą, a przez kolejne pół w związku?

Moja córka od razu się z nim zaprzyjaźniła, ale syn był ostrożny. Ponieważ sama wychowywałam dzieci, syn poczuwał się w pewnej mierze do roli mojego opiekuna, a tu nagle pojawił się jakiś obcy i tylko trochę starszy od niego facet. Może fajny jako kumpel, ale jako partner mamy? Przyglądał mu się i testował, ale w miarę upływu czasu zaakceptował.

Wprowadziłam taką zasadę, że raz na miesiąc robimy tak zwany status – pytamy siebie nawzajem, czy nadal chcemy ze sobą być. Tłumaczyłam mu: „Nie jesteśmy tu z przymusu. Nie mamy wspólnych dzieci ani wspólnego kredytu, jesteśmy razem tylko i wyłącznie dlatego, że tego chcemy. Drzwi są cały czas otwarte”. Bardzo o to dbam i czuję, że dla niego to też jest bardzo ważne, bo on ma w sobie ogromną potrzebę wolności.

Jesteśmy ze sobą bardzo blisko. Ciągle się przytulamy, dotykamy – tak bardzo do siebie pasujemy fizycznie. Od strony fizycznej nie widzę między nami żadnej różnicy. Jak patrzę na swoje ciało i na to, co ono potrafi, to myślę, że jestem w życiowej formie. Ćwiczę jogę, chodzę po górach, wspinam się, żegluję, pływam. Moje ciało jest supersprawne. Mam tylko więcej zmarszczek niż on, ale zmarszczkami się nie przejmuję.

Mówi się, że kobiety, które łączą się z dużo starszymi mężczyznami, mają niezaspokojony aspekt ojca; ja za wszelką cenę chciałam i nadal chcę uniknąć bycia dla niego matką. Mam już dorosłego syna i to mi wystarczy. Ale mam duże doświadczenie życiowe, na wielu ścieżkach byłam i wiele mogę go nauczyć. Jednak gryzę się w język, ilekroć mam ochotę mu coś doradzić w relacjach z rodziną czy sprawach zawodowych.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Im młodziej się czujesz, tym masz lepszy seks

Starałam się nie wywierać na niego żadnej presji. Nauczyłam się szanować jego inność, nawet jeśli coś było dla mnie dziwne, na przykład to, że zimą chodzi w crocsach. Spontaniczne nocne wypady na miasto na motorze czy nocowanie w kamperze gdzieś na dziko, w naturze – to było dla mnie coś nowego. Dużo świeżości ta relacja wniosła w moje życie. Nieraz muszę przy nim wychodzić poza swoją strefę komfortu – tak jak na żaglach, kiedy potrafi nagle się wyłączyć i zostawić mi stery bez najmniejszego niepokoju, że sobie z tym nie poradzę. Czasem jest radosny, czasem w czarnej dziurze; dawniej miałabym tendencję do ratowania go, teraz zostawiam go, widocznie jest mu to do czegoś potrzebne. Gdyby był bardziej ułożony, byłoby nudno, a tak – wciąż jestem go ciekawa. Staram się podchodzić do niego bez projekcji, bez idealizowania, widzieć go takim, jakim on rzeczywiście jest – ze wszystkimi zaletami i wadami, kompleksami i trudną osobowością.

On, w przeciwieństwie do mnie, miał wielkie projekcje na mój temat. Myślę, że idealizował mnie na full.

Widział we mnie kobietę wolną, silną i spełnioną, która nie potrzebuje wsparcia.

Pomieszkiwał u mnie, przez pewien czas nawet go utrzymywałam. A ja z biegiem czasu zaczęłam jednak czegoś od niego wymagać – sprzątania czy dokładania się do domowego budżetu. Staram się tę jego projekcję cały czas urealniać, bo nie muszę i nie chcę zgrywać kogoś, kim nie jestem. Tłumaczę mu, że jeśli nie zobaczy we mnie realnej kobiety, to prędzej czy później się rozstaniemy. Dużo na ten temat czytamy i dyskutujemy. Teraz czytamy książkę o różnych językach miłości. Mówimy zupełnie innymi językami. Moim językiem miłości jest to, że ktoś dla mnie coś robi, dlatego najpiękniejszym dla mnie widokiem jest on z miotłą w ręku. Jego językiem miłości jest dotyk i czas. Ma obsesję na punkcie spędzania czasu razem. Chciałby, żebym z nim zamieszkała w jego kamperze, ale nie ma mowy! Mogę z nim pojechać na trekking w Himalaje, ale mieszkać lubię wygodnie. Obydwoje zresztą potrzebujemy przestrzeni i oddechu w naszej relacji, dlatego nie mieszkamy razem. Wydaje się, że on w ogóle nie potrzebuje domu, a ja bardzo lubię swój dom i lubię też być w nim sama.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Stary dobry seks i dla starych jest dobry

Mam z tyłu głowy taką myśl: na razie jest dobrze, na razie nie czuję różnicy wieku, ale za 15 czy 20 lat mogę tę różnicę odczuć. Jestem jednak optymistką, zważywszy na to, że do 30. roku życia czułam się dość okropnie, do 40. było niewiele lepiej, po czterdziestce zaczęło być fajnie, a jak przekroczyłam pięćdziesiątkę, zaczęło być cudownie. Sama ze sobą czuję się coraz lepiej. Robię to, co chcę, ubieram się tak, jak chcę, mam w sobie dużo miłości własnej, krytyka z zewnątrz już mnie nie obchodzi. Myślę, że póki będę miała zdrowe i sprawne ciało, pozytywny stosunek do siebie, ludzi i świata oraz dziecięcą ciekawość i pasję, życie będzie dobre.

Pamiętam, jak 30 lat temu byłam w Danii i patrzyłam na starsze kobiety w kawiarniach – w czerwonych sukienkach, umalowane, kwitnące. Myślałam: też taka chcę kiedyś być. Czy kiedyś będzie tak w Polsce? No i jest. Kobiety kwitną i u nas niezależnie od wieku. Dawniej kobieta po pięćdziesiątce miała swój uniform – odpowiednią garsonkę w odpowiednich kolorach. Dzisiaj jak włożę kolorową minispódniczkę, nikt nie zwróci mi uwagi. Dla kobiet nie ma już tabu.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Nierozważni i romantyczni. Kontrowersyjne związki partnerów z dużą różnicą wieku

***

– Po 40. roku życia, w okolicach pięćdziesiątki przychodzi zwykle taka faza w życiu, kiedy kobieta czuje, że może już puścić swoje dzieci w świat – mówi Alicja Długołęcka, edukatorka seksualna. – Są już nastolatkami, mają własne życie, nie potrzebują opieki. Przed nią co najmniej 20 lat aktywnego życia. Często jest samotną matką, bo w okolicach czterdziestki przetacza się fala rozwodów. Nawet jeśli jest w związku, to często partner jest emocjonalnie daleko.

I wtedy pojawiają się te drgnienia: jeszcze bym chciała, jeszcze pożądam, jeszcze czuję się kobieca, jeszcze wierzę w miłość.

Tak było zawsze, tylko dawniej kobiety nie miały na to przestrzeni życiowej. Tradycyjnie kobieta wchodziła wtedy w rolę babci. Dzisiaj coraz więcej kobiet buntuje się przed tą rolą – wychowywaniem dzieci swoich dzieci, gotowaniem obiadów i byciem właściwie istotą aseksualną. Zwłaszcza że córki coraz później rodzą dzieci, więc tworzy się luka – przestrzeń, żeby coś ze sobą zrobić. Wraz ze wzrostem partnerstwa i niezależności ekonomicznej kobiet coraz więcej z nich pozwala sobie na związki, w jakie dawniej mogła wchodzić jedynie wąska grupa bogatych i wykształconych osób mogących realizować swoje potrzeby. Na pewno jesteśmy przełomowym pokoleniem.

– Współczesna kobieta – wykształcona, świadoma swoich praw – bardzo często trafia w pustkę, gdy szuka partnera w swoim wieku – dodaje Katarzyna Pawlikowska, ekspertka ds. społecznych i konsumenckich zachowań kobiet. – Mężczyźni, nie dość, że gorzej wykształceni, to wychowani są często na książęta, które nie potrafią stworzyć partnerskiego związku. A kobiety nie chcą już byle kogo. Mamy – szczególnie w dużych miastach – enklawy wykształconych i samowystarczalnych kobiet, które nie mają z kim się związać. Z drugiej strony przesuwa się granica starości. Coraz więcej kobiet 50-letnich tylko by się roześmiało, gdyby ktoś powiedział o nich, że są stare. One absolutnie nie czują się stare! Jeszcze niedawno kobieta po pięćdziesiątce była w Polsce uznawana za matronę, której seks nie przystoi. Tymczasem aktywność ta rośnie u kobiet po pięćdziesiątce i dalej. Nasze matki Polki „siatkarki”, które w trudnych latach 80. walczyły jak lwice, aby zapewnić byt rodzinie, teraz chcą wreszcie czerpać przyjemność z życia. Kobiety często dopiero w tym wieku budzą się seksualnie i chcą się cieszyć tą piękną, dojrzałą seksualnością. Jednym z efektów wysokiej świadomości i aktywności życiowej dojrzałych kobiet jest to, że coraz częściej wiążą się z młodszymi partnerami.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Czy na seks może być za późno? Izabela Jąderek o seksie w dojrzałym wieku

***

– Byłam wtedy w trakcie menopauzy, miałam 49 lat – mówi Tanna Jakubowicz-Mount, psychoterapeutka, która prowadzi kręgi kobiet i należy do kręgu starszyzny. – To był dla mnie bardzo uwalniający moment. W rdzennych społecznościach mówi się, że menopauza jest czasem, kiedy kobieta zachowuje swoją krew dla siebie. Czyli nie traci jej już, nie trwoni swoich sił. Jest wreszcie wolna od roli kogoś, kto daje życie, kto opiekuje się rodziną, kto żyje dla innych. Może się skupić na sobie. Moje dzieci były już nastolatkami. Czułam się wciąż atrakcyjna, ale jednocześnie wyzwolona z przymusu pasowania do stereotypu kobiety, która wabi mężczyzn swoim ciałem. Wtedy go spotkałam.

Był tłumaczem. Nie znałam go wcześniej osobiście, ale słyszałam, że świetnie tłumaczy nauczycieli duchowych, więc zaprosiłam go na warsztat terapeutów ze Stanów. Zachwyciło mnie to, jak przekłada, jak w lot łapie istotę sprawy, jak się pięknie, poetycko wyraża. Zaprosiłam go na konferencję do Włoch. Kiedy zatrzymaliśmy się w Weronie, poszliśmy obejrzeć dom Julii i jej posąg stojący na dziedzińcu. Jest taki przesąd, że jak dotkniesz jej piersi, to wkrótce się zakochasz i będziesz żyła w szczęśliwym związku. Dotknęłam tej piersi, złotej i wygładzonej dotykiem ludzkich rąk. I rzeczywiście tuż za rogiem czekała na mnie miłość, a ja czułam się onieśmielona, choć zwykle jestem spontaniczna i ekspresyjna.

Tanna Jakubowicz-Mount: - Przy nim zdałam sobie sprawę, że eros się nie starzejeTanna Jakubowicz-Mount: - Przy nim zdałam sobie sprawę, że eros się nie starzeje Fot. Monika Redzisz

Wiedziałam, że jest ode mnie o 13 lat młodszy, ale to nie było dla mnie istotne. Nie było widać zresztą tej różnicy.

On nosił siwą brodę; to jeden z tych ludzi, po których nie widać wieku. Czułam, że to jest właśnie to, czego przez tyle lat szukałam – mężczyzny, który będzie miał podobne spojrzenie na życie jak ja, podobne potrzeby intelektualne i duchowe.

Za mąż wyszłam za Amerykanina, człowieka od siebie starszego, bo tak naprawdę szukałam przewodnika duchowego, który by mnie poprowadził. Dosyć szybko okazało się to złudzeniem. Mój mąż był niezwykłym człowiekiem, artystą, ale nie sprawdził się jako osoba współodpowiedzialna za rodzinę. A ja pragnęłam związku, który będzie wreszcie związkiem partnerskim.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Łóżkowe sprawy dorosłych

Dopiero teraz ziściło się moje pragnienie. Przy nim zdałam sobie sprawę z tego, że eros się nie starzeje. Byłam po menopauzie, a moja seksualność dopiero teraz w pełni rozkwitała. Wyzwoliła się we mnie dzika, zmysłowa kobieta, pełna seksu i radości życia. Uwielbialiśmy kochać się w lesie, na plaży, na łonie natury. Nie wiedziałam, że można tak cudownie łączyć duchowość z seksualnością. Oboje jesteśmy buddystami – praktyka pomagała nam zrzucać maski, być ze sobą naturalnie i prawdziwie. Dla mnie to było dojrzewanie do pełni swojej kobiecości. Miałam poczucie, że dopiero teraz odpuszczam swoje stare pomysły, że nie jestem godna miłości dojrzałego partnera. Wiele aspektów mnie powskakiwało na właściwe miejsca, zyskałam poczucie takiej wewnętrznej integralności, jakby rozsypane puzzle wreszcie utworzyły spójny obrazek.

Nie mieszkaliśmy razem, ale spotykaliśmy się u mnie. To było święto. Moje dzieci go absolutnie zaakceptowały, zwłaszcza z moją córką Gają mieli wspólne zainteresowania, oboje lubili śpiew etniczny, razem śpiewali. Lubiliśmy razem gotować – oboje jesteśmy wegetarianami i lubimy podobne proste dania. Często też razem wyjeżdżaliśmy, organizowaliśmy wspólne wyprawy. A jednocześnie oboje pracowaliśmy, poruszaliśmy się w różnych obszarach i każde z nas miało ogromny obszar swojej wolności.

Po pięciu latach wspólnego życia zdecydowaliśmy jednak, że się rozstaniemy.

Zaczęło się od wizyty w szpitalu, na ginekologii. Obok nas pojawiły się pary w ciąży. Pamiętam, że wtedy o tym po raz pierwszy pomyślałam: czy on nie wolałby być w tym miejscu z kobietą, która może urodzić ich dziecko? Zaczęłam zauważać, z jaką czułością odnosi się do małych dzieci. I kiedy w pewnym momencie zapytałam go, czy jest przekonany, że chce być ze mną na zawsze, odpowiedź nie była całkowicie jednoznaczna. Powiedział, w zgodzie z duchem buddyzmu, że nie jest w stanie przewidzieć, co się wydarzy w przyszłości, i nie chce żyć z presją tego pytania.

Poczułam wtedy, że nie chcę go zatrzymywać dla siebie. To było dla mnie bolesne, czułam, że tracę pięknego człowieka i niezwykłą miłość, która już się ponownie nie zdarzy. Ale jednocześnie czułam się spełniona, już gotowa, żeby go puścić.

Nie mam żalu. Jestem wdzięczna, że ta cudowna przygoda wzbogaciła moje życie.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Co jest seksowne według mężczyzn?

***

Alicja Długołęcka: – To są zwykle bardzo romantyczne związki. O ile w związku z rówieśnikiem bliskość wynika przede wszystkim z przyjaźni, ze wspólnoty doświadczeń, o tyle angażując się w związek z młodszym partnerem, kobieta szuka szaleństwa, przygody. Tutaj bliskość wynika z wielkiej namiętności. Ta, która przez całe życie walczyła, poświęcała się dla rodziny, teraz wreszcie chce zaszaleć, chce sobie przypomnieć, jak to jest. A może nigdy wcześniej tego nie przeżyła? 30-latka zwykle chce zakładać rodzinę, kobieta 50-letnia już nie. To ma już za sobą, teraz ma przestrzeń na szaloną miłość.

To są związki romantyczne i tragiczne zarazem, bo ze świadomością, że się skończą. Kobieta 50-letnia ma już świadomość, czym jest czas, wie, co to znaczy być niepewnym siebie 20-latkiem, steranym 30-latkiem i sfrustrowanym 40-latkiem. Zdaje sobie sprawę, że to nie jest związek na zawsze, i godzi się z tym. Może się tak zdarzyć, że dopiero śmierć ich rozłączy, ale to nie jest jej celem. Myśli raczej: jesteśmy razem tylko na jakiś czas, więc cieszmy się tym, za jakiś czas rozstaniemy się bez złości i żalu.

I to ona – dojrzalsza – podejmuje tę decyzję, często w momencie, kiedy jej młodszy partner wchodzi w fazę życiową, którą ona ma już za sobą – stabilizacji.

Chce rodziny, domu, dzieci.

Wszystko jednak zależy od tego, w jakim modelu żyjemy. Mam teraz pacjentkę szaleńczo zakochaną w mężczyźnie o wiele od siebie młodszym. Ale nie zdecyduje się na ten związek, bo jest wychowana w tradycyjnym modelu, który na to nie zezwala. Taka kobieta wchodzi w sferę niewidzialności, w sferę cienia. Rezygnuje ze swojej miłości i uznaje seks za zamknięty etap w swoim życiu. Chciałabym, ale mi nie wolno. Tych „nie wolno” jest dużo: co powiedzą moi rodzice, moje dzieci, moje środowisko? W naszym społeczeństwie kobieta ma być odpowiedzialna i ma się opiekować innymi. Na biurku jej męża stoi ich wspólne zdjęcie z dziećmi, znajomi puszą się budowanymi domami pod miastem i dziećmi kończącymi dobre szkoły, a ona nagle burzy ten system.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Wazektomia, czyli seks bez stresu

***

– Młodość to powalająca siła – mówi Barbara, artystka. – Nie rozumiemy tego, póki same jesteśmy młode. A potem zaczynamy się starzeć, czas żłobi na nas swoje rysy i nagle ktoś absurdalnie młody patrzy na nas tak, jak nikt w życiu nie patrzył. Temu po prostu nie da się oprzeć. Jak młody człowiek zapragnie, to uwiedzie starszą kobietę. Mnie się to przydarzyło.

Poznałam go na jakimś wernisażu. W pewnym momencie zobaczyłam, że jakiś młody człowiek chodzi na rękach. Od razu mi się spodobał, zawsze lubiłam wariatów. Był młodym artystą, niespokojnym duchem, młodym, choć intelektualnie bardzo dojrzałym. Ja miałam 50 lat. Nie ukrywałam przed nim swojego wieku. On miał 25. Byłam o rok starsza od jego matki! Zakochałam się w dziecku nieomal. Ale miał taką siłę w oczach, że mnie po prostu zahipnotyzował. Takiej żądzy, takiej miłości, takiego głodu w życiu nie widziałam. To ten nieprawdopodobny głód i zachwyt w jego oczach mnie uwiodły. Mówi się, że zakochanie jest jak grom z jasnego nieba. To prawda. Człowiek, niby taki silny, jest wobec niego bezbronny. Zwłaszcza gdy czuje, że to może być ostatnia miłość w jego życiu.

Ostatkiem sił się powstrzymałam przed tym romansem. Obawiałam się, że to rodzaj krótkotrwałego olśnienia z jego strony i że ten związek skończy się dla mnie porażką. Bałam się, że zapłacę zbyt wysoką cenę za tę piękną przygodę.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Są ludzie, którzy wybierają bycie miłosnym outsiderem albo mówią: 'Wolę przeżyć taką miłość raz, niż nie przeżyć jej w ogóle'

***

Co mężczyźni widzą w starszych od siebie kobietach? Co ich przyciąga?

Alicja Długołęcka: – To, że są piękne, mądre i bezpieczne. Starsza partnerka potrafi z dystansem wyrażać swoje emocje, bo przecież już ileś scen w życiu zrobiła, ileś razy była zrozpaczona, ileś razy emocjonalnie szantażowała i doświadczyła zawodu, zdrady, odseparowania i wie, że to nie działa. Daje też mu dużo więcej wolności, bo nie ma czasu ani potrzeby tak symbiotycznie wchodzić w tę relacje, jak robiła to w poprzedniej fazie swojego życia. Jest wreszcie bardziej wiarygodna, bo w tym wieku już się tak nie zmieniamy. Wiadomo, kim jest – po jej osiągnięciach, po jej dzieciach, przyjaciołach i konkretnej wizji świata, którą prezentuje. Bardzo ważny jest też aspekt zmysłowy: otwartość kobiety, jej sensualność, pomysłowość, umiejętność budowania napięcia seksualnego i wyrażania swoich potrzeb.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Kobieta kocha uszami

***

– To był człowiek z sieci. Dyskutowaliśmy na tym samym wątku na FB, wzruszył mnie jego tekst, pisał, że jest załamany z powodu rozstania z dziewczyną. Żal mi się go zrobiło. Zaproponowałam spacer – mówi Hanna, właścicielka firmy. – Nie szukałam już związku. Miałam 47 lat i byłam od paru lat sama, ale wreszcie było mi z tym dobrze. Był taki krótki czas po rozwodzie, kiedy faktycznie szukałam, intensywnie, obsesyjnie. Zarejestrowałam się na portalu randkowym i umawiałam się czasem nawet na kilka randek tygodniowo. Swego rodzaju terapia. W pewnym momencie miałam dość. OK – powiedziałam sobie – będę żyła sama. I żyłam.

Hanna Płuska: - Polubili go moi znajomi. Nigdy nie słyszałam komentarzy w stylu 'ale on młody!'Hanna Płuska: - Polubili go moi znajomi. Nigdy nie słyszałam komentarzy w stylu 'ale on młody!' Fot. Monika Redzisz

Poszliśmy na ten spacer. Miał na imię Rafał i 31 lat. Dobrze nam się gadało, okazało się, że oboje słuchamy metalu. Zaprosiłam go do siebie na herbatę. Bez podtekstów. Potem na spotkanie ze znajomymi na granie w planszówki. I na sylwestra. Zaczęliśmy razem tańczyć i utonęłam w tych jego błękitnych oczach.

Na samym początku Rafał jasno powiedział: „Chcę, żebyś była moją kobietą, a nie matką”.

Moja córka, 19-latka, od razu go zaakceptowała, kiedy się do nas wprowadził. „Widzę, że on jest bardzo za tobą, mamo – skomentowała. – Cieszę się, że jesteś szczęśliwa”.

To był związek, w którym wreszcie odnalazłam się jako kobieta.

W małżeństwie nie lubiłam dotyku, spaliśmy z mężem na dwóch krańcach łóżka; teraz polubiłam dotykanie. Uwielbiałam się do Rafała przytulać, leżeć blisko. Nawet kiedy odsuwaliśmy się od siebie trochę, bo robiło się nam za gorąco, to chcieliśmy, żeby dotykać się choć jedną częścią ciała.

Kochałam się do niego przytulać w kuchni, kiedy razem gotowaliśmy czy piekliśmy coś słodkiego. To był taki nasz wspólny czas. Dzieliliśmy się obowiązkami domowymi i to było dla niego zupełnie normalne. Mój mąż się tak nie zachowywał.

Nauczył mnie chodzić razem na koncerty; tak bardzo brakowało mi osoby, z którą można poszaleć. Wciągnął mnie w jeżdżenie na rowerze. Zwiedzaliśmy różne miejsca w okolicach Warszawy związane z historią II wojny światowej, która nas interesowała. Potrafiliśmy zrobić trasę długości 30-40 km. To było fizycznie męczące, ale mieliśmy z tego dużą przyjemność. Wyluzowałam się, odżyłam jako kobieta.

Polubili go też moi znajomi. Nigdy nie usłyszałam od nich komentarza w stylu „ale on młody!”. No, może raz. „Inaczej się ubieracie – powiedziała jedna para znajomych – ty jesteś elegancka, a on chodzi w glanach. Nie pasujecie do siebie”. Kompletna bzdura. Jakie to ma znaczenie?

Kiedy miałam problemy w pracy, uważnie mnie słuchał, a jego rady i wskazówki były dla mnie cenne. Tonizował moją relację z córką – jak miałyśmy inne zdanie na jakiś temat, wysłuchiwał jednej, wysłuchiwał drugiej i odgrywał rolę mediatora. Coraz bardziej u nas osiadał, zadomawiał się. Czułam się szczęśliwa, kiedy wracałam do domu i widziałam, że balkon otwarty, światło zapalone, a on na mnie czeka.

Nasz związek rozpadł się po dziewięciu miesiącach i myślę, że winę za to ponoszę w dużej mierze ja sama. Zaczęłam być zazdrosna o czas, jaki poświęcał na surfowanie po internecie – wolałabym, żeby ten czas poświęcił mnie. Zamiast dać mu spokój, złościłam się. Kiedyś podejrzałam fragment jego korespondencji z koleżanką na FB i zrozumiałam, że ona nie wie, że jesteśmy razem. Rafał twierdził, że między nimi nic nie ma, ale emocje były tak duże, że nie myślałam racjonalnie. Wściekłam się. Tej nocy nie wrócił do domu, a ja wezwałam ślusarza i zmieniłam zamki w drzwiach. Rozstaliśmy się trzy dni później.

Poniosło mnie, teraz już bym się tak nie zachowała.

Żałuję, że ten związek nie przetrwał.

***

– Ja to nazywam pełzającą rewolucją dojrzałych kobiet – mówi Katarzyna Pawlikowska. – Ta bomba zegarowa tykająca od czasów rewolucji seksualnej ’68 roku właśnie wybucha i choć dzieje się to powoli, jakby w zwolnionym tempie, to… dzieje się.