Gdy się urodziła w Honolulu, gdzie jej australijscy rodzice zamieszkali na czas doktoranckich studiów ojca, Nicole Kidman dostała hawajskie imię Hokulani, czyli Niebiańska Gwiazda. Inspiracją do niego nie była jednak żadna gwiazda (ani na nieboskłonie, ani w show-biznesie), lecz słoniczka urodzona w tym samym czasie w lokalnym zoo, której pocieszna fizjonomia z kudłatymi wielkimi uszami spodobała się mamie Nicole, pielęgniarce.

52-letnia aktorka nie ma jednak nic wspólnego ze słoniem. Jej duchowym zwierzęciem jest wydra – tak twierdzi. Ale najbardziej przypomina jednorożca. Zwierzę szlachetne, piękne i dostojne. A także nieuchwytne. W ciągu 30 lat kariery o Nicole Kidman napisano miliony słów, zwłaszcza amerykańskie magazyny zdają się mieć na jej punkcie obsesję – na okładce „Vogue’a” znalazła się osiem razy, najczęściej ze wszystkich aktorek w historii, okładka majowego wydania „Vanity Fair” jest jej dziesiątą. Kidman udziela wywiadów, promuje swoje filmy, seriale i spektakle teatralne, nie unika czerwonych dywanów. A jednak wciąż tworzy dystans. Wciąż pozostaje tajemnicza. Jest niczym ostatnia hollywoodzka gwiazda w starym stylu. Jednych to uwodzi, innych irytuje. Ale przede wszystkim intryguje.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej