Rozmowa z Zofią Milską-Wrzosińską*

Usłyszałam ostatnio od pewnego mężczyzny: „Miałem toksyczną matkę”.

– A wie pani, że ja chyba ani razu w swojej praktyce nie słyszałam, żeby pacjent mężczyzna użył takiego sformułowania, całkowicie matkę skreślającego? „Toksyczne matki” to są prawie zawsze matki córek. To znaczy córki je tak przeżywają.

Kobieta częściej powie już na pierwszej konsultacji: „Moja matka była zajęta sobą. Nawet jak była w domu, to dla mnie jej nie było”, albo: „Traktowała mnie jak swoją własność”. Mężczyźnie trudniej uznać, że czuje do matki wiele żalu czy złości. Powie coś w rodzaju: „No, była jak wszystkie matki. Nikt nie jest idealny. Ale starała się”, albo: „Bardzo o mnie dbała. Trochę za bardzo może się wtrącała, ale to z miłości”, czy: „Rozstała się z ojcem, z nikim się potem nie związała, to dla mnie się tak poświęciła”.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej