Tekst pochodzi z magazynu "Wysokie Obcasy Extra" nr 6 (85)/2019, w sprzedaży od 23 maja

Na początku kariery nazywano go „drugim McGregorem”. Żeby żart był zabawniejszy, tamten też ma niebieskie oczy. Szybko jednak stało się jasne, że nie będzie „drugim kimkolwiek”, ale jedynym Jamesem McAvoyem.

Kiedy miał 16 lat, w jego katolickiej szkole średniej imienia św. Tomasza z Akwinu w Glasgow zjawił się z pogadanką David Hayman, szkocki aktor i reżyser. Uczniowie nie bardzo chcieli słuchać, przekrzykiwali się, w końcu zwyzywali Haymana od pedałów. McAvoy poszedł przeprosić za kolegów, zaczęli rozmawiać. Niedługo później Hayman potrzebował nastolatka do małej roli w swoim filmie „The Near Room”, zadzwonił więc do McAvoya, żeby przyszedł na przesłuchanie.

Dostał rolę, ale aktorstwo wcale nie było jego marzeniem.

Trzy lata wcześniej poważnie myślał o zostaniu księdzem. A dokładnie misjonarzem. – Zdałem sobie jednak sprawę, że chodziło mi tylko o przygodę. Czynienie dobra i chrześcijańska misja były wymówką, by dostać darmowy bilet na zwiedzanie świata – mówił. Druga w kolejności była marynarka wojenna. Wysportowany chłopak pomyślał, że nada się na żołnierza, a okręty przecież pływają po świecie. Po drodze jeszcze pracował w cukierni, ale raczej po to, by podreperować domowy budżet. McAvoy bowiem, w przeciwieństwie do wielu kolegów ze swojego pokolenia, jak Benedict Cumberbatch, Eddie Redmayne czy Tom Hiddleston:

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej