On jest jeden. Ich 1,7 tys. On gra w napędzanym przez katarskie pieniądze Paris Saint-Germain. One w ligach francuskiej, niemieckiej, angielskiej, amerykańskiej, szwedzkiej, australijskiej i meksykańskiej. On nazywa się Neymar. One – Pernille Harder, Marie-Antoinette Katoto, Dzsenifer Marozsán, Eugénie Le Sommer itd. On zarabia 36,8 mln euro rocznie. One dostają tyle samo. Razem wzięte.

Mowa, rzecz jasna, wyłącznie o pensjach z klubu, do tego dochodzą wpływy od sponsorów. Brazylijczyk na reklamach zarabia ok. 15 mln euro rocznie.

Teoretycznie futbol jest jeden. Kobiety i mężczyźni grają w jedenastoosobowych zespołach, takimi samymi piłkami, na tych samych boiskach, strzelają na takie same bramki. W obu przypadkach obowiązuje ten sam przepis o spalonym. W praktyce to dwie różne dyscypliny sportu.

I nie chodzi o to, co widać na boisku. Owszem, kobiecy futbol różni się od męskiego. Tempo jest niższe, gra mniej fizyczna, zawodniczki wolniej biegają, niżej skaczą i słabiej strzelają. Ale to nie znaczy, że dla takiej piłki nie ma miejsca. Przeciwnie, przestrzeni w futbolu jest mnóstwo, to nieprawda, że widzowie chcą oglądać wyłącznie Barcelony, Reale, Messich i Ronaldów. Na stadion chodzi się z różnych powodów, a emocjonujące popołudnie można spędzić w każdym miejscu i czasie oraz w każdej lidze.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej