LIST

Kiedy kończyłam studia, dostałam zadanie w ramach praktyki studenckiej. Miałam wybrać teatr i na jego przykładzie dowiedzieć się, jak funkcjonuje instytucja kultury. Tam, gdzie trafiłam, akurat odszedł poprzedni dyrektor, a nowy jeszcze nie nastał. Sytuacja między pracownikami napięta. Najbardziej mną wstrząsnęło, gdy jeden z ważniejszych kierowników w odpowiedzi na moje pytania wyjął z szuflady brązowy zeszyt: "Zapisuję w nim wszystkie złe słowa, które padły pod moim adresem" - powiedział. "Co za frustrat" - pomyślałam wtedy.

Po powrocie usłyszałam od dziekana, że napisałam bardzo ważną pracę o instytucji - jak to określił - w stanie przejściowym. Od tego momentu minęło kilkanaście lat, a ja myślę, że całe moje życie zawodowe, związane z sektorem kultury, jest w stanie przejściowym. Tak się jakoś układa, że trudno jest mi na dłużej zagrzać miejsce. Najczęstszym powodem są zmiany kadrowe, choć nie tylko. Mam pasję, inicjatywę, entuzjazm, ale kiedy próbuję rozwinąć skrzydła, to z jakiegoś powodu te skrzydła są mi podcinane. W sumie "przerobiłam" każdy rodzaj instytucji, od szczebla samorządowego po administrację centralną. Najkrócej pracowałam kilka miesięcy, najdłużej trzy i pół roku.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej