Ciemnowłosa kobieta trzyma na kolanach dwie dziewczynki, dwuletnią i niespełna roczną; sama wydaje się niewiele większa od nich. Młodsza ciągnie starszą za włosy, starszej ewidentnie się to nie podoba. Obie wyglądają, jakby wyrywały się matce, ale ta wydaje się tego w ogóle nie zauważać: na twarzy ma amerykańsko szeroki uśmiech i pewnie patrzy prosto w obiektyw aparatu.

Poznajcie Marie Kondo, japońską guru sprzątania, która przywraca ład i porządek w szafach i duszach zagubionej w chaosie dzikiego konsumpcjonizmu klasy średniej.

Jej olimpijskiego spokoju nie są w stanie zburzyć nawet jej własne dzieci.

• • •

Każdy z ośmiu odcinków "Tidying Up with Marie Kondo", reality show, który Netflix, licząc zapewne na widzów układających na kacu listę noworocznych postanowień (1. Nie pić tyle; 2. Kupić karnet na siłownię i chodzić przynajmniej dwa miesiące; 3. Posprzątać mieszkanie), zaprezentował 1 stycznia, zaczyna się tak samo. Pod dom na przedmieściach Los Angeles podjeżdża czarny van i wysiadają z niego dwie kobiety. Drobniejsza Kondo dziarsko idzie pierwsza, za nią podąża tłumaczka. Otwierają się drzwi, powitania, uściski. Wreszcie gospodarze nieco nerwowo opowiadają o swoim problemie: mają za dużo rzeczy i zupełnie, ale to zupełnie nie radzą sobie z bałaganem. Marie, przez tłumaczkę, uspokaja: wszystko będzie dobrze, jeśli tylko wykorzystają jej metodę KonMari. - Kocham bałagan - deklaruje z promiennym uśmiechem.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej