Z Krystyną Jandą rozmawia Maja Staniszewska

Czy Volterra, w której toczy się akcja „Słodkiego końca dnia”, to dla pani jakieś szczególne miejsce?

– Nie, akurat tego rejonu Toskanii nie znam dobrze. Byłam w Volterze wcześniej kilka razy, ale wydawała mi się dość ponura. Mówi się, że to miasto wampirów.

I nawet wampiry w nim mieszkają, przynajmniej w powieściach Stephenie Meyer z sagi „Zmierzch”…

– To piękne miejsce, tylko dość mroczne. Szczególnie w ostrym słońcu Toskanii.

Dlaczego więc tutaj?

– Pewnie dlatego, że to miasteczko fotografuje się zjawiskowo, jest jednorodne kolorystycznie, piękne, ale w zasadzie o to trzeba spytać reżysera. Wszyscy w mieście bardzo żywo uczestniczyli w naszych pracach, z burmistrzem na czele. Choć myślę także, że ważna jest postać amerykańskiego poety Ezry Pounda, który wybrał te okolice, sympatyzował z faszystami i Włochy Mussoliniego wybrał na swoją ojczyznę. Historia Pounda była dla Jacka Borcucha i Szczepana Twardocha inspiracją do napisania scenariusza, niewątpliwie.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej