Rozmowa pochodzi z magazynu "Wysokie Obcasy Extra" nr 92, wydanie z dnia 18/04/2019

Krystyna Romanowska: Czy twórcy oper sprzed wieków to niegdysiejsi rockmani, którzy w swoich dziełach dawali upust swoim seksualnym fantazjom?

Robert Kowalczyk: Każda epoka formuje operę, tak jak inne formy sztuki, na swoje podobieństwo. Fobie, fascynacje czy tęsknoty stanowiły i stanowią doskonałą materię dla opery. Jest jednak pewna uniwersalność tematu, ponadczasowe lejtmotywy.

Wrażliwość, ale też perwersja?

– Przepisem na operę jest klasyczna figura popędowa – Eros i Tanatos. Zdrada, zazdrość, samobójstwo... To motywy zarówno w operach komicznych (buffa), jak i tych poważnych (seria).

Z jednej strony mamy wielkie miłosne wyznania „Nessun dorma!” (Niech nikt nie śpi!) z „Turandot” czy „La fleur que tu m’avais jetée” (Kwiat, który mi rzuciłaś) z „Carmen”, z drugiej – dramatyczne z miłości samobójstwa (Florii Toski czy Halki). Seksualność w operze pokazywana jest nie tylko jako uczucie, element relacji, ale także jako konkretne zachowanie seksualne, np. fellatio („Powder Her Face”) czy jednoznaczne konteksty – główna bohaterka to nałożnica („Traviata”).

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej