Jedną z najdziwniejszych scen, jaką Ruth Wilson miała do zagrania na planie „Pani Wilson”, było urodzenie własnego ojca. Aktorka śmieje się, gdy o to pytam, i zapewnia, że choć dziwna, była to paradoksalnie dość lekka scena. Wiele innych z życia jej babki, Alison Wilson, zwyczajnej urzędniczki, która podczas II wojny światowej zakochała się i wyszła za mąż za starszego o ćwierć wieku szpiega, a gdy ten zmarł nagle 22 lata później, odkryła, że przez cały czas był żonaty z inną, było o wiele bardziej wymagających. – Bywały momenty, gdy gubiłam granicę między tym, co gram, a rzeczywistością. Granie własnej babki okazało się zaskakująco trudnym i dziwnym doświadczeniem. Mnóstwo adrenaliny i mnóstwo emocji płynęło przeze mnie w czasie zdjęć, były momenty, kiedy nie do końca nad nimi panowałam. Czasami miałam wrażenie, że Alison przeze mnie przemawia – wspomina aktorka.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej