MAJA STANISZEWSKA: Ma pan nad biurkiem tablicę z wykresem: „Testosteron” prawie 1,5 mln widzów, „Lejdis” 2,5 mln, „Listy do M. 3” 3 mln?

TOMASZ KONECKI: Że progres? (śmiech) Nie, nie mam takiego wykresu.

A przepis na kasowy przebój?

– Jeśli artysta, a raczej jego ego, wpadnie w pułapkę, że przepis taki zna, to znaczy, że za chwilę zrobi coś, co kasowym przebojem nie będzie.

Może powoduje to fizyka, którą wiele lat studiowałem, ale cały czas podchodzę do filmu jak do eksperymentu, odkrywania jakiejś rzeczywistości. Chodzę na swoje filmy i w kinowej sali, gdzie siedzi pięćset osób, robię swoje badania (śmiech). Słucham, kiedy widzowie się śmieją, obserwuję ich miny, gdy wychodzą: czy są uśmiechnięci, czy nie. A jeśli nie, to dlaczego – czy do nich nie trafiłem? Czy może poruszyłem coś, nad czym się później zastanawiają? Ale poza samym filmem jest wiele czynników, które mają wpływ na frekwencję w kinach, choćby termin premiery. Pamiętam, że „Testosteron” wchodził w marcu, nagle zaczęły się pogodne dni, patrzyłem, jak z dnia na dzień spada frekwencja w kinach.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej