BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: Kiedy powiedziała pani, że chce rozmawiać o smutku, zacząłem się zastanawiać, czy to w ogóle jest emocja...

AGNIESZKA JUCEWICZ: Jak to? Niektórzy twierdzą nawet, że jedna z podstawowych.

– A nie można by było sobie wyobrazić, że to jest na przykład cecha charakteru?

Emocja, z definicji, jest czymś krótkotrwałym, a przecież oboje znamy ludzi, o których można by powiedzieć, że są po prostu smutni czy też, jak to się mówi, bardziej do smutku usposobieni.

Ale zostawmy te rozważania, bo znacznie ciekawsze wydaje mi się to, że smutek jest czymś, czego świat, w którym aktualnie żyjemy, nie lubi w sposób szczególny.

Dlaczego?

– Jeśli przyjmiemy, że smutek jest emocją, to jest ona emocją paradoksalną.

O większości emocji mówi się trochę tak, jakby się mówiło o dzieciach, zwierzętach czy procesach natury, w domyśle, że są one czymś, co się wymyka spod kontroli, czymś gwałtownym. Samo źródło słowa „emocje” to łacińskie „emovere” – „poruszać”. Ślady tego można znaleźć w potocznym języku: „To mną wstrząsnęło”, „Bardzo mnie porusza to, co mówisz”, „Targała nim wściekłość”, „Dygotała ze zdenerwowania”. To tak, jakby była pani rękawiczką i jakaś ręka by w panią weszła i zaczęła się poruszać, o tak. A smutek jest emocją nieporuszającą. Raczej człowieka spowalnia. Sprawia, że się wycofuje. Czasem wręcz go paraliżuje, na przykład w depresji.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej