Agnieszka Jucewicz: Czy całkowita szczerość z samym sobą jest w ogóle możliwa?

Jon Frederickson: Nie spotkałem nikogo, kto tak żyje. Ja z pewnością nie. Bo wszystkim nam zdarza się uciekać od cierpienia. Kłamstwa, które sobie opowiadamy, to mechanizm obronny, często służą temu, żebyśmy nie musieli się mierzyć z bolesną rzeczywistością.

Nagle się okazuje, że mąż ma romans albo żona żąda rozwodu - nie da się tej prawdy przyswoić w ciągu doby. Czasem dociera ona do nas tygodniami, czasem miesiącami, a zdarza się, że latami. To jest proces. Ale kiedy utykamy w kłamstwie, kiedy na przykład wierzymy, że "on nie będzie mnie już zdradzał", "ona na pewno do mnie wróci", gdy fakty temu przeczą, wtedy przestaje ono pełnić funkcję adaptacyjną, a zaczyna nam szkodzić.

Jakie kłamstwa opowiadają sobie ludzie, którzy do pana przychodzą?

- Najczęściej: "Jestem głupi", "Jestem gruba", "Jestem odrażający", "Do niczego się nie nadaję". Traktują siebie tak, jak nigdy by nie potraktowali kogoś, kogo kochają. Zwykle nie zdają sobie sprawy, że po pierwsze, te komunikaty są fałszywe, a po drugie, że to zwyczajna przemoc.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej