Po raz pierwszy o tej metodzie usłyszałam od znajomej, która już niejedną fitnessową nowinkę przetestowała, więc trudno ją czymś zadziwić. Tym razem jej entuzjazm był naprawdę szczery, choć wyjaśnienia nieco zagadkowe. Bo z tego, co zrozumiałam z jej opowieści, TRE miałoby polegać na wywoływaniu w ciele drgań za pomocą siedmiu prostych ćwiczeń. A dzięki tym drganiom ujść ma z nas cała zgromadzona do tej pory trauma, ciało stanie się bardziej elastyczne i podobno nawet sen będziemy mieli lepszy.

Przyznam, że brzmiało to zbyt pięknie, by było prawdziwe. Postanowiłam więc te czary sprawdzić na sobie. Szukając certyfikowanego instruktora, trafiłam do warszawskiego Mae Health Institute – miejsca, gdzie dba się i o duszę, i o ciało. Oprócz tradycyjnych zabiegów kosmetycznych można też tu wziąć udział w kursach mindfulness, pilatesu albo właśnie TRE.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej