Tekst pochodzi z magazynu Wysokie Obcasy Extra nr 189, wydanie z dnia 16/08/2018

Poszła do baru zamówić coś do picia. Wróciła, włączyłem dyktafon, powiedziałem, że chciałbym porozmawiać o zaangażowaniu. I wtedy podszedł kelner. Postawił przed nią szklankę z czymś czerwonym i gazowanym.

- Och, widzisz, nie powiedziałam o słomce - zganiła się Anja Rubik. - Muszę o tym pogadać z właścicielem.

- Żeby podawali bez słomek?

- Właśnie. A jeśli już musi być, to niech będzie papierowa.

***

Tomasz Kwaśniewski: Twój pierwszy raz?

Anja Rubik: Miałam siedem, może osiem lat. W Południowej Afryce łapałam bezdomne psy i wyrywałam im kleszcze.

Żeby im pomoc.

A co ty robiłaś w Południowej Afryce?

- Mieszkałam tam prawie pięć lat. Z rodzicami. Oni są lekarzami weterynarii, byli w Afryce na kontrakcie.

Jako ośmiolatka organizowałam też w szkole zebrania, bo dzieci bardzo niszczyły przyrodę. Tłumaczyłam, żeby tego nie robiły. Tam były wielkie, cementowe wałki, które dzieci dla zabawy wpychały na drzewa i krzaki. I ja starałam się je przekonać, żeby nie wpychały, bo w tych drzewach mieszkają ptaki, mają gniazda. Z koleżanką sporządziłyśmy sobie specjalne legitymacje ze zdjęciem. Pokazywałyśmy je dzieciom, mówiąc: "Stop. Mamy autoryzację od pani dyrektor, ochrona przyrody, tak nie wolno!".

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej