Łatwo je poznać: w fartuszku, z kuferkiem, koszem lub siatką, z której wystaje gęś, albo w tradycyjnym, regionalnym stroju, co oznaczało służącą patriotyczną. Takie najczęściej można spotkać na początku XX wieku na poznańskiej ulicy czy w krakowskim kościele św. Barbary, gdzie o piątej rano odbywają się msze dla służących.

Niektóre jednak, gdy tylko przyjadą do miasta, do obowiązku (tak nazywano służbę), zrzucają łowickie sukienki i wkładają kapelusze i jedwabne rajstopy jak ich panie. "Nawet te, które chodzą w beretach na zaondulowanej czuprynie, w paltach z futrzanym kołnierzem i w aksamitnych pantoflach od »Baty«, dają się od razu rozpoznać: mają zawsze jakieś zaniedbania w toalecie, świadczące o poufałym, bezceremonialnym stosunku do miasta" - pisała Maria Kuncewiczowa.

Florentyna, służąca warszawskiego inżyniera Wernera, która zapisywała swoje imię "Floręntyna", od razu stała się miejska.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej