Po obejrzeniu "53 wojen", filmu o żonie dziennikarza, która zostaje w domu, gdy on wyjeżdża relacjonować tytułowe konflikty, nie mogę się pozbyć z głowy znienawidzonej przeze mnie od dziecka piosenki "Jeszcze się tam żagiel bieli": "Bo męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać".

- To dobre skojarzenie. To jest historia ekstremalnej miłości, relacji w trudnych warunkach.

Podoba się pani ten podział na męskie i kobiece - on realizuje swoje marzenia, swoje ambicje, ona zostaje z domem i dziećmi oraz strachem?

- Jakoś uchowałam się poza tym podziałem. Chuda, długa, późno dojrzewałam, byłam trochę chłopczycą i nigdy nie czułam, że czegoś mi nie wolno, nie wypada.

U mnie w domu głową rodziny była mama, trzymała cały dom, o wszystkim decydowała. Z Kościoła też dość szybko się wypisałam, więc i jego doktryna kobiety podporządkowanej mężczyźnie czy czekającej na niego mnie nie skaziła.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej