Tekst pochodzi z październikowego wydania "Wysokich Obcasów Extra", do kupienia w dobrych salonach prasowych.

Grzegorz Szymanik: Kiedy ostatni raz byłeś w kościele?

Wojciech Smarzowski: Niedawno, jak robiliśmy film. Praktycznie nie wychodziłem z kościoła.

A prywatnie?

– Zdarza mi się bywać na pogrzebach czy ślubach. Bardziej na pogrzebach. Lubię atmosferę starych kościołów. Za to nowe są tak brzydkie, że je fotografuję. Kiedyś wydam album.

Co cię pociąga w brzydkich kościołach?

– Gdybym urodził się w Toskanii, moje filmy wyglądałyby inaczej – inny krajobraz, światło, kompozycja. Ale urodziłem się na Podkarpaciu i nim nasiąkłem. Pewnie tęsknię do brzydkiej architektury, to znaczy tęsknię do dzieciństwa. Choć akurat kościół w Jedliczu zbudowali sto lat temu i jest w porządku.

W Jedliczu chodziłeś do kościoła?

– Nie. I byłem chyba jedynym dzieckiem w klasie, które nie brało udziału w lekcjach religii. Gdy w niedzielę koledzy szli do kościoła, ja oglądałem „Teleranek” albo kopałem piłkę. „Kocia wiara” – czasem słyszałem.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej