Rozmowa z Mirą Marcinów, autorką książki "Historii polskiego szaleństwa, t. 1: Słońce wśród czarnego nieba. Studium melancholii"

Przychodzi melancholik do XIX-wiecznego alienisty, czyli - jak dzisiaj byśmy powiedzieli - psychiatry… Z jaką diagnozą może wyjść?

- Może zaduma? Tak najczęściej określano melancholię. Posępnica? Śledziennictwo, od śledziony, czyli coś, co Anglicy nazywają "spleenem"? Moje ulubione jednak to "tęsknica"- melancholia, której podłożem jest tęsknota nie wiadomo za czym, i domarad - tak nazwano tęsknotę za domem, za ojczyzną czy w ogóle nostalgię, którą jeszcze do roku 1920 traktowano jako chorobę.

XIX-wieczny język melanchologiczny był niezwykle bogaty, pełen rozmaitych odcieni.

Dzisiaj na opis podobnych stanów mamy jedno słowo - depresja.

- Mamy też sztywne klasyfikacje zaburzeń psychicznych w ICD-10 i DSM-5, gdzie jest wyszczególnione, czym dokładnie depresja się charakteryzuje, jakie są jej objawy. Współczesny język dotyczący zaburzeń jest bardzo zmedykalizowany.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej