Tekst pochodzi z "Wysokich Obcasów Extra" nr 7, wydanie z dnia 23/06/2016.

Florence and the Machine zagrają podczas Orange Warsaw Festival w sobotę 2 czerwca. Na 29 czerwca zaplanowano premierę ich najnowszej płyty "High as Hope" wyd. Universal Music Polska.

- Uważam, że muzyka powinna być przerażająca. Powinna być jak egzorcyzmy - podkreśla w wywiadach. Ale i bez tej deklaracji można się domyślić, że obchodząca w sierpniu 32. urodziny artystka za pośrednictwem swoich piosenek zmaga się z dręczącymi ją demonami. Za dużo w tych kompozycjach dramaturgii i gry na najwyższych emocjach. Za dużo w tekstach złamanych serc, mroku i śmierci.

Gdy mała Flo miała kłopoty z zasypianiem, jej ojciec Nick, niespełniony artysta, który został specem od reklamy, puszczał jej płyty - od klasyki Brahmsa przez psychodeliczne ballady Syda Barretta aż po nowofalowe piosenki The Smiths. Podobno to przy tych ostatnich najszybciej usypiała. A gdy trochę podrosła, podrzucał jej albumy The Ramones czy Incredible String Band. On karmił jej uszy, a matka, Evelyn, amerykańska profesor specjalizująca się w sztuce włoskiego renesansu - oczy. Imię Florence odziedziczyła po babce, historyczce sztuki. Nikogo nie powinno więc zastanawiać jej szczególne zainteresowanie tematami powracającymi w wielu dziełach renesansu - nierozerwalnymi związkami miłości i śmierci, seksu i przemocy. Do dziś ulubionym motywem malarskim Florence jest wizerunek świętej Agaty trzymającej na tacy własne obcięte piersi.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej