Krystyna Przybylska: Możemy zajechać na grób. Pokażę. Nie musi pani wysiadać.

Wysiądźmy. 

– Znowu ktoś zapalił. W wichurę znicze od Anki spadły rząd niżej. Musiałam naprawiać kostki brukowe, bo były sklejone tłustym woskiem. Kobieta, która ma tam pochowanych bliskich, powiedziała, że powinnam napisać kartkę, żeby lepiej się pomodlili, a nie stawiają znicze. Mam dylemat, bo jak ktoś już przyjedzie, to przecież chce zapalić. Latem szczególnie przychodzi mnóstwo ludzi. Czasami ktoś do mnie podchodzi i pyta, czy jestem mamą Ani i czy może mnie przytulić. Mówię: "Że też chciało się państwu przyjechać", a oni – że nie wyobrażają sobie nie być na grobie Ani.

Czemu?

– Nie wiem. W...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.