Została pani poczęta - wiem to z pani autobiografii - na belach materiału, w komodach działu kroju radzieckiego łagru Sibłagu. Pani rodzice pracowali razem w szwalni - mama szyła sukienki dla żon oficerów, a ojciec pracował jako krojczy. Przed wojną ojciec był cenionym krawcem. W latach powojennych mama zajęła się szyciem jako profesjonalna krawcowa, pani ojciec też nadal szył. Można więc powiedzieć, że nie byłoby pani bez odzieżowego kontekstu.

- Od czternastego roku życia szyłam sobie sama. Kiedy wyjechałam z Legnicy do Warszawy na studia historii sztuki, nie wzięłam ze sobą maszyny. Szyłam coraz rzadziej. Siadałam przy niej tylko wtedy, kiedy odwiedzałam rodziców. Coraz częściej po prostu rysowałam swoje projekty, a oni je wykonywali. Najbardziej lubiłam, żeby było bardzo krótko, przed kolano, albo długo - do kostek. Albo zestawianie maksi i mini. To wydawało mi się ciekawe. I kapelusz do tego. Pamiętam, jak szłam tak ubrana ulicą Gdańską do Muzeum Sztuki w Łodzi - energicznym krokiem, stukając wysokimi obcasami, a za mną dwie panie w trwałych ondulacjach obmawiały mój wygląd. Nie wytrzymałam. Odwróciłam się i powiedziałam: "A panie ładnie wyglądają? Proszę spojrzeć w lustro".

W stanie wojennym dla wyciszenia się wykonywałam hafty renesansowe koralikami na sportowych bluzach. Kiedyś dałam jedną koleżance, a ona pracowicie wszystko odpruła. A ja wtedy najbardziej lubiłam chodzić w kurtach kufajkach, z broszkami z Jablonexu. Rzeczywistość była tak smętna, że człowiek musiał pójść w surrealizm, żeby jakoś przetrwać.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej