To miała być spowiedź?

- Ta decyzja dojrzewała we mnie kilka lat, właściwie od kiedy porzuciłam islam w 2010 roku i wróciłam do dawnego, świeckiego życia. Do momentu wydania książki żyły we mnie dwie Anny - ta, którą jestem dzisiaj, bezwyznaniowa działaczka związku nauczycielskiego, i ta, którą byłam - radykalna muzułmanka. Z tym że ta druga się ukrywała. Nie wiedziałam, jak dać jej dojść do głosu.

A chciała pani?

- Chciałam, żeby ludzie znali całą prawdę. Ale bałam się, że jak ją odkryję, to mnie odrzucą, więc lawirowałam. Kiedy ktoś pytał, dlaczego moje dzieci mają arabskie imiona, tłumaczyłam, że mąż był arabskim biznesmenem. Kiedy chciał wiedzieć, gdzie mieszkałam wcześniej, odpowiadałam, że dużo podróżowałam z mężem w interesach - do Berlina, Gruzji.

Nie wspominając, że w Gruzji pani mąż szkolił się w obozie dla bojowników, a w Berlinie brał udział w przygotowaniach do zamachu.

- Nie, no skąd! Kilka razy, gdy chciałam się do kogoś zbliżyć, próbowałam opowiedzieć trochę więcej - że przeszłam na islam, że trafiłam do środowiska, które okazało się sektą wyznającą brutalną ideologię i że długo tkwiłam w iluzji, że oto znalazłam prawdę. Najczęściej spotykałam się z przerażeniem albo potępieniem. Bardzo mnie to przygnębiało.

Bo ta prawda przeraża - wierzyła pani w dżihad, była żoną terrorysty...

- Prawda jest też taka, że zrozumiałam swój błąd, bardzo tego żałuję, zmieniłam się. Pragnęłam, żeby ludzie to zobaczyli - że można zejść na złą drogę i można z niej zawrócić. Chciałoby się zobaczyć w cudzych oczach odrobinę zrozumienia, współczucia...

"Musisz ponieść odpowiedzialność za swoje wybory" - to też słyszałam. Są ludzie, którzy nigdy mi nie wybaczą. Im zawsze będę się kojarzyć z zamachami, z bestialstwem, z tym wszystkim, co robi dziś ISIS (tzw. Państwo Islamskie). Mają do tego prawo, ale to boli. Na szczęście są też inni, którzy, choć uważają, że to straszne, chcą wiedzieć, jak się tam znalazłam, jak doszło do tego, że zaczęłam wyznawać te wartości.

Wstyd pani?

- Bardzo. Żałuję wszystkiego… poza swoimi dziećmi.

Płacze pani...

- ...bo myślę, na co je naraziłam, przez co przeszły. Ta książka jest też dla nich. Chciałabym, żeby były dumne, że udało mi się w końcu z tego wyrwać, w dużej mierze dzięki nim. W którymś momencie dotarło do mnie, na jaki los je skazuję - radykalizm, brak sensownej edukacji, kolejny kraj, w którym za chwilę bomba może spaść nam na głowę.

Ta książka jest też dla kobiet, które nadal w tym tkwią. Tych, które mają wątpliwości, ale nie wiedzą, skąd wziąć siłę, żeby odejść. Zależy mi na nich. Mężczyzn mam gdzieś.

Kiedy to wszystko się zaczęło, w 1994 roku, miała pani 23 lata i była studentką religioznawstwa na Uniwersytecie w Lund. Jaka pani była?

- Bardzo pogubiona. Miałam, jak to się mówi, kruche "ja". Byłam naiwna, łatwo było mną manipulować. Desperacko szukałam jakichś ram - żeby ktoś mi powiedział, co jest ważne, dokąd mam iść.

Skąd ten brak "ram"?

- Moje wychowanie było, jakby to powiedzieć... luźne. Mieszkałam w zamożnej rodzinie, w dobrej dzielnicy, w Halmstad. Niczego mi nie brakowało, ale w domu nie było żadnych zasad, wartości. Wszystko było w pewnym sensie OK. Powierzchowne.

Miała pani dobrą więź z rodzicami?

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej