Tekst pochodzi z miesięcznika "Wysokie Obcasy Extra" nr 4, wydanie z dnia 16/03/2017

Przez 60 lat nie sprzedała ani jednego obrazu. Dziś za abstrakcje Carmen Herrery trzeba zapłacić nawet 970 tys. dolarów - taką cenę w listopadzie osiągnął jej "Cerulean" ("Modry") z 1965 roku - błękitny romb z przecinającymi go czterema białymi, zwężającymi się ku środkowi pasami. Jej płótna wiszą w najważniejszych muzeach - nowojorskim Modern Art, Hirshhorn Museum w Waszyngtonie czy londyńskim Tate Modern.

- Jest takie powiedzonko: "Jeśli czekasz na przyjazd autobusu, to on w końcu przyjedzie". Ja czekałam prawie sto lat, ale przyjechał - mówi siwiuteńka Carmen Herrera i wybucha śmiechem.

Na podstawie jej życia można by wykuć kilka żelaznych zasad dla początkujących twórców. Choć mało kto miałby tyle cierpliwości, by wprowadzać je w życie tak długo jak ona, to jednak spróbujmy.

PO PIERWSZE: NIE SŁUCHAJ MAMY

Urodziła się w 1915 roku w Hawanie jako najmłodsza z siedmiorga rodzeństwa - pięciu chłopców i dwóch dziewczynek. Jej ojciec założył popularną na Kubie gazetę "El Mundo" ("Świat"), matka była w niej reporterką, jedną z pierwszych kobiet dziennikarek na wyspie i feministką.

Carmen szukała swojej drogi, krótko uczyła się w Paryżu. Po powrocie do Hawany zaczęła studiować architekturę, ale ze względu na polityczne zawirowania uniwersytet co chwilę był zamykany. Herrera próbowała rzeźbić i malować, lecz ciągle coś było nie tak. - Matka pytała mnie: "Dlaczego nie malujesz ludzi?". Doprowadzała mnie tym do szału. W końcu namalowałam jej portret. Następnego dnia odkryłam, że gdy spałam, sporo w nim pozmieniała. Przede wszystkim usunęła swoje zmarszczki - opowiadała.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej