Czym jest świętość?

Dramatem człowieka.

Aż tak?

Świętość jest łatwa tylko na przesłodzonych, dewocyjnych obrazkach, na których nie ma miejsca na wahanie, strach i odwagę rzucenia radykalnych wyzwań sobie i światu. Nie ma też miejsca w istocie na cierpienie. W obiegowych żywotach świętych torturowani męczennicy czy męczennice nie czują więc często bólu - bywa, że zostaje im cudownie odjęty. Taka wizja świętości jest łatwa, bezbolesna i bezproblemowa. I trudno mi się z nią godzić. Bo za postawą świętości stały bardzo bolesne dylematy duchowe, moralne i egzystencjalne. I nierzadko odrzucenie. Wystarczy wspomnieć Faustynę, którą otoczenie klasztorne brało za wariatkę.

Dlaczego ona ma być w przekazie wolna od bólu?

To taki swoisty teatr cierpienia, który niesie ze sobą niesamowitą dwoistość, niesamowite rozdarcie. Z jednej strony chodzi o drastyczne świadectwo absolutnego oddania wierze, z drugiej - o pokazanie, że Bóg sowicie i natychmiast nagradza za takie poświęcenie. Sens owego spektaklu bólu jest zaś dydaktyczny: to religijna pedagogika kształtująca wzory bezgranicznego poświęcenia jedynej możliwej prawdzie, za którą zaraz spotka cię niebiańska nagroda.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej