Martha i Aron przyszli do mnie po tym, jak Aron wdał się w romans z kimś z pracy. Koleżanka, która mu się podobała, zaczęła rozmawiać z nim w zaufaniu o swoim nieudanym małżeństwie. Iskrzyło między nimi w sferze seksualnej. Na dorocznym zjeździe oboje się upili, a potem przez sześć miesięcy spotykali się w hotelu w pobliżu ich miejsca pracy. Martha znalazła ich esemesy w telefonie Arona i zrobiło się jej niedobrze. Zagroziła odejściem. Aron przyznał się do wszystkiego i przeprosił, spanikowany, że mógłby stracić ją i dwoje dzieci. Początkowo obwiniał wszystkich wokół – twierdził, że został uwiedziony, potem przez krótki czas próbował zrzucać winę na Marthę, na to, jaka była spięta, jak trudno było mu odpocząć przy niej od poczucia odpowiedzialności. Kiedy przyszli do mnie po raz pierwszy, mieli za sobą tydzień łez, przyprawiającej o mdłości dezorientacji i prawdziwego nieszczęścia.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej