Rozmowa pochodzi z książki Moniki Tutak-Goll "To nie deszcz, to ludzie", wywiadu rzeki z Haliną Birenbaum, wyd. Agora

Kiedy zapytał po raz pierwszy?

- Gdy miał trzy lata. Spojrzał na moją rękę, zobaczył numer: 48693. I trójkąt, połowę gwiazdy Dawida. „A coś ty tu sobie narysowała?”.

Co powiedziałaś?

- To nie ja. To wojna, źli ludzie mi to zrobili. „Jacy źli ludzie?”, dopytywał.

Odpowiedziałaś?

- Nie wszystko, nie od razu, nie trzylatkowi. Ale musiałam mówić, bo synowie – Beni też, nie tylko Yakov – ciągle pytali.

Zrobiłam im kiedyś, już w Izraelu, makaron z serem i cukrem, taki, jaki jadałam w rodzinnym domu w Polsce. „Moja mama tak robiła”, pochwaliłam się. „A gdzie jest teraz twoja mama? Dlaczego jej nie ma?”, pytali. Musiałam mówić dlaczego. I dlaczego nie ma już nikogo z naszej rodziny. I że numer na lewym przedramieniu wytatuowała mi w Auschwitz Słowaczka, bo jej kazali. Pamiętam pewne święta po wojnie. Mieszkamy już w Izraelu, syn ma cztery lata, przybiega do mnie i pyta: „Dokąd pojedziemy? Kto do nas przyjedzie? Kto będzie? Bo u wszystkich tylu ludzi się spotyka!”. Nie wytrzymałam: „My nikogo nie mamy, do nikogo nie jedziemy i nie pytaj mnie nigdy więcej o takie rzeczy!”. Zaczęłam łkać. Nie wiedział, o co mi chodzi. Przeraził się.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej