Margot poznała Roberta pod koniec jesiennego semestru w którąś środę wieczorem. Pracowała wtedy w barku w kinie wyświetlającym ambitne filmy, położonym w centrum miasta, a on kupił u niej duży popcorn i paczkę żelków Red Vines.

- Cóż za niecodzienny wybór – zagadnęła. – Chyba nigdy dotąd nikomu ich nie sprzedałam.

Przywykła do flirtowania z klientami w poprzedniej pracy jako barmanka, to przynosiło jej większe napiwki. W kinie oczywiście nie dostawała napiwków; po prostu się nudziła, a Robert ją zainteresował. Może nie aż tak bardzo, aby – powiedzmy – zaczepić go na imprezie, ale wystarczająco, by wmówić sobie, że się w nim podkochuje, gdyby siedział naprzeciwko niej na nudnych zajęciach – chociaż raczej już skończył studia, miał co najmniej dwadzieścia pięć lat. Był wysoki, co jej się podobało u mężczyzn, a spod podwiniętego rękawa koszuli wyglądał kawałek tatuażu. Przy tym był jednak nieco za gruby, miał odrobinę za długą brodę i lekko skulone w obronnym geście ramiona.

Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej