Jak się okazuje, nawet dwoje zaangażowanych, skutecznych i bardzo w sobie zakochanych profesjonalistów o wysokiej etyce pracy nie zdoła zajść w ciążę siłą woli. Płodności nie da się wywalczyć. W tej dziedzinie nie istnieje bezpośredni związek między wysiłkami a rezultatami, co może człowieka doprowadzić do szału. Przez pewien czas wmawiałam sobie, że to tylko kwestia terminów. Nasze próby zajścia w ciążę były uzależnione od rytmu przyjazdów Baracka ze Springfield. Zamiast dostosować je do moich miesięcznych wahań hormonalnych, zgrywaliśmy je raczej z planem prac legislatury stanu Illinois. Uznałam, że ten problem możemy spróbować jakoś rozwiązać.

Nasze próby jednak dalej spełzały na niczym, nawet gdy Barack wciskał gaz do dechy na autostradzie międzystanowej po wieczornym głosowaniu, by utrafić w moje dni płodne, i nawet po ogłoszeniu letniej przerwy Senatu, kiedy przebywał w domu przez cały czas. Po wielu latach uważnego stosowania antykoncepcji teraz robiłam wszystko, by zajść w ciążę. Potraktowałam to jak wyzwanie. Jeden test ciążowy wyszedł nam pozytywnie, więc zapomnieliśmy o wszystkich troskach i oszaleliśmy ze szczęścia. Jednak kilka tygodni później poroniłam, co podkopało nasz optymizm i sprawiło, że zaczęłam czuć się źle z własnym ciałem. Widząc na ulicach szczęśliwe kobiety z dziećmi, odczuwałam tęsknotę przemieszaną z bolesnym przeświadczeniem, że coś ze mną jest nie w porządku. Otuchy dodawało mi tylko to, że mieszkaliśmy o jedną przecznicę od Craiga i jego żony, którzy doczekali się dwojga pięknych dzieci – Leslie’ego i Avery. Zaglądałam tam czasem, by się z nimi pobawić i poczytać im historyjki, w czym znajdowałam pociechę.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej