13 listopada zapraszamy do Centrum Premier Czerska 8/10 na spotkanie wokół biografii Jacka Kuronia pt. "Jacek". Rozmowę z autorkami książki Jacek - Anną Bikont i Heleną Łuczywo oraz z zaproszonymi gośćmi: Adamem Michnikiem, prof. Karolem Modzelewskim i Sewerynem Blumsztajnem poprowadzą Dorota Wysocka-Schnepf oraz Michał Nogaś. Bezpłatne zapisy na spotkanie: bilety.cojestgrane24.pl lub tel. 22 555 54 55

Fragment książki „Jacek” Anny Bikont i Heleny Łuczywo. Ten rozdział powstał na podstawie tekstów Anny Bikont i Joanny Szczęsnej publikowanych w „Gazecie Wyborczej”

Urodziła się pierwszej wojennej zimy, w grudniu 1939 roku. Był straszliwy mróz i ojciec poszedł zarejestrować jej narodziny dopiero na początku stycznia 1940 roku. Podał, że przyszła na świat w Nowy Rok. „Niech będzie dziewczyna o rok młodsza” – oświadczył żonie.

O rodzinie opowiadała Joannie Szczęsnej siostra Gai Ewa Dobrowolska. Ich ojciec Edmund Borucki był przed wojną rzeźnikiem w Tuliszkowie, zamożnym miasteczku koło Konina. Nie lubił swojego zawodu, nie chciał mieszkać w małym miasteczku, już przed wojną przyjechał do Warszawy. Matka też pochodziła z Tuliszkowa.

– Przed śmiercią zwierzyła mi się, że kiedy wychodziła za mąż, to lubiła, a nie kochała, miłość przyszła później, „może niewielka, ale solidna” – mówiła Ewa. – Ojciec zaraz po wojnie chwilę siedział jako burżuj, bo miał sklep z wędlinami na Mokotowie, prowadził go zresztą przez całą okupację.

Gaja była przykładną córką, miała dobre stopnie w szkole, działała w harcerstwie. Jacka poznała w walterowcach. Na obozie w Wolinie w lipcu 1955 roku zakwaterowano ich w szkole rolniczej. Na miejscu okazało się, że obozowiczów jest więcej niż łóżek i koców.

Jacek ruszył jak zwykle na obchód. Tu coś poprawił, tam kogoś przykrył. W końcu przyszedł do zastępu, gdzie wszystko było zrobione jak trzeba, nie było nic do poprawiania, a na plecaku w kącie spała nastolatka z warkoczem. Zbudziła się i Jacek spytał, czemu nie przyszła tam, gdzie zebrała się kadra. Scenę tę uwiecznił w „Wierze i winie”. „Nie chciałam wam zawracać głowy” – usłyszał. „Masz pewnie młodsze rodzeństwo i jesteś najstarsza w domu” – powiedział. Przytaknęła.

– My się zawsze czepiałyśmy spódnicy Gajki – opowiadała Ewa – bo miała pomysły, jak się z nami, młodszymi siostrami, bawić.

Gdy były małe, musiały na śniadanie pić tran i zupę mleczną z kożuchami, a na kolację jeść razowy chleb i kiszoną kapustę.

Cierpiały z tego powodu, próbowały protestować, tylko Gajka była idealną córeczką: lubiła i tran, i mleczną zupę, nawet kożuchy.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej