Zanim zakochałam się we Francuzie, zaszłam z nim w ciążę i przeprowadziłam się do Francji, byłam tu kilka razy, po raz pierwszy w liceum. To było Lazurowe Wybrzeże, wydawało mi się, że piękniej być nie może. Po latach okazało się jednak, że Francuz, którego wybrałam, uważa Riwierę za mekkę nuworyszy i że „przeprowadzimy się tam po jego trupie”. Nie pozostało mi nic innego, jak rozwijać miłość do jego rodzinnej, wietrznej Normandii, gdzie, jak gorzko żartują tubylcy, słońce świeci kilka razy dziennie, w przerwach, kiedy nie pada.

Od ponad roku próbuję zrozumieć ten kraj, w którym duch wolności, ciężko wywalczone prawa kobiet i joie de vivre świetnie koegzystują z zamiłowaniem do konwenansów, podziałami klasowymi i zdawkowym „ça va?”, po którym Francuz bynajmniej nie oczekuje odpowiedzi.

Une baguette, madame!

Tego, że w liceum nie uważałam na francuskim, pożałowałam już podczas pierwszej wyprawy po bagietkę. „UNE baguette, madame, nie UN baguette!” – z wyraźną satysfakcją poprawiła mnie sprzedawczyni w piekarni, ku uciesze całej kolejki.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej