Moda i maskarada

Po czymś, co się wydarzyło w moim życiu, wpadłam w głęboki dół – zwierza się Wonder Woman. – Moja mama wymyśliła wtedy dla mnie cosplay. Byłam zszokowana, kiedy pierwszy raz wcieliłam się w tę postać – rzeczywiście poczułam moc. Miałam wrażenie, że mogę wszystko. Mimo to trudno mnie sklasyfikować jako fankę cosplay. Nie pokazuję swoich kreacji, nie prowadzę Instagrama, nie nawiązuję kontaktów z innymi cosplayowcami. Jestem jak ćpun ukrywający swój nałóg. Na konwenty jeżdżę po to, by kupić rzeczy do makijażu. Gdy się lepiej poczuję, natychmiast to rzucę.

– A jaką mocą dziś dysponujesz?

– Lepiej nie pytaj, bo cię zamienię w coś głupiego – śmieje się.

Cosplay to zbitka słów „costume” i „play” utworzona przez japońskiego dziennikarza, który przyjechał w roku 1970 na konwent do Los Angeles i zobaczył grupy hobbystów przebranych za postacie z ówczesnych komiksów. Dzięki nowemu słowu te maskarady nerdów i geeków udało się wyodrębnić od innych – a przebieranie się w Stanach Zjednoczonych nie jest niczym nadzwyczajnym, zwłaszcza na Halloween, kiedy przez co najmniej tydzień po ulicach miast biegają najróżniejsze stwory. I nie są to dzieci, to zabawa dorosłych. W Nowym Jorku często odbywają się też różnego typu imprezy, jak choćby w pierwszy dzień lata Mermaid Parade (Parada Syren), podczas której na plaży w Coney Island zbierają się tysiące ludzi w przebraniach. Barwne korowody postaci historycznych idą ulicami w paradach etnicznych, a w Niedzielę Wielkanocną rozpoczyna się na Piątej Alei Parada Kapeluszy. Każde miasto ma swoje specyficzne okazje.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej