Przemysław Gulda: Twoje życie rodzinne nie jest do końca zwyczajne – twoja żona pochodzi z Argentyny. W jakim języku komunikujecie się na co dzień?

Marcin Masecki: Rozmawiamy najczęściej po angielsku, czasem przechodzimy na hiszpański. Znam go jednak słabiej. Wyjechałem z Kolumbii, jak miałem siedem lat, więc słownictwo mam podwórkowe. Z naszą córką rozmawiam po polsku, a żona komunikuje się z nią po angielsku albo hiszpańsku. No i zza okna wpada jeszcze niemiecki. Więc mamy w domu niezły bigos.

Czyli w zasadzie oboje rozmawiacie w obcych dla siebie językach. Co się na tym traci, a co zyskuje?

Nie wiem. Trudno mi sobie wyobrazić używanie wspólnego języka ojczystego. Czasami się łapię na tym, że najwięcej w życiu używam języka obcej mi kultury. I jest to trochę dziwne. Ale angielski jest dla nas w pewnym sensie naturalny – poznaliśmy się z Candelarią na studiach w Bostonie, czyli w kontekście i środowisku angielskojęzycznym, i pozostajemy w nim do dziś.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej