Anna Pawłowska: Porozmawiajmy jak macocha z macochą… U mnie prawie sześć lat w patchworku, dwoje dzieci partnera i dwie wspólne córki. A u ciebie?

Maria Sitarska: U mnie, jeśli mówimy o macoszym doświadczeniu, to dziesięć lat towarzyszenia życiu pasierbiczki.

Słyszymy „macocha” i myślimy…?

„Samo zło”. Od razu uruchamia się skojarzenie z baśniami z dzieciństwa. Tam macocha była zawsze tą, która żywiła silną niechęć do przybranych dzieci. Faworyzowała własne potomstwo, jak w „Kopciuszku”, czy wręcz zlecała zabójstwo, jak to było w „Śnieżce”. Zresztą ten negatywny stereotyp jest nawet zapisany w języku. Jeśli coś lub kogoś traktujemy „po macoszemu”, to znaczy, że odnosimy się do niego gorzej, lekceważąco, nie troszczymy się.

Co ciekawe, bracia Grimm pierwotnie w roli złej kobiety mieli osadzić matkę, nie macochę, ale społeczeństwo by tego nie udźwignęło, matki nie mogą się tak zachowywać, stąd i ta zła macosza sława.
Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej