Z przerażenia nie może spać. Leży na podłodze zwinięta jak embrion. „Jak mogłam pomyśleć, że dam radę?” – pyta samą siebie. Gdy na drugi dzień w korytarzu głównej siedziby Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku zwierzy się ze swoich obaw kilku wpływowym kobietom, te będą ją przekonywać: „Wiemy, co czujesz, ale nie ma wyjścia. Teraz już musisz to zrobić!”. Z szalejącym sercem wchodzi na mównicę. Głośna jeszcze przed momentem sala zamiera.

– Pewnie wielu z was zastanawia się, co dziewczyna z „Harry’ego Pottera” tu robi. Też zadawałam sobie to pytanie. Ale jeśli przy takiej pozycji, jaką mam, nie będę mówić o równouprawnieniu, to kto? Jeśli nie teraz, to kiedy?

– przemówienie przerywa burza oklasków, część aktywistek ociera łzy wzruszenia. Tego dnia 24-letnia aktorka na oczach całego świata z Hermiony Granger przemienia się we wpływową feministkę i uwalnia od roli, w której tkwiła zamknięta od przeszło dekady. Choć wcale nie oznacza to, że nowa Emma Watson spodoba się wszystkim.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej