Michał Nogaś: Czy to prawda, że nie byłbyś dziś szczęśliwym mężem i ojcem, gdyby nie morsy?

Casprer Hanederson: Jestem dowodem na to, że życie pisze nieprzewidywalne scenariusze. Od zawsze byłem zafascynowany morsami arktycznymi i marzyłem o tym, by zobaczyć je w ich naturalnym środowisku. Wcale nie zrażało mnie to, że na zdjęciach czy filmach przyrodniczych wyglądają na grube i brzydkie, słyszałem za to wiele o ich inteligencji i zwinności. Swoimi zwalistymi cielskami potrafią wykonywać akrobatyczne figury, dając przykład prawdziwej radości życia. I wcale nie śmierdzą! Wkrótce po powrocie ze Spitsbergenu, gdzie wreszcie udało mi się morsom poprzyglądać, poznałem piękną kobietę. Traf chciał, że jest Hiszpanką, ja nie władałem jej ojczystym językiem, ona bardzo słabo znała angielski. Postanowiłem zatem uwieść ją, rysując morsy. Były to obrazki nieudolne, jakieś zwaliste kształty z wystającymi kłami. Ale zadziałało.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej