Od siedmiu lat Beata sama spłaca kredyt mieszkaniowy, chociaż brała go wspólnie z mężem. Bank co miesiąc potrąca jej z pensji 2 tys. zł. Zostało jej do spłaty jeszcze 270 tys.

W ich luksusowym apartamencie mieszka były mąż. Ona od dwóch lat wynajmuje razem z synem małe, dwupokojowe mieszkanko za 1,7 tys. zł miesięcznie.

Jej mąż nie płacił zasądzonych alimentów. Dopiero od roku komornik przelewa jej na konto pieniądze.

Beata jest pielęgniarką, dobrze, że w prywatnej służbie zdrowia. W zeszłym miesiącu przepracowała 233 godziny, czyli ponad 10 godzin dziennie. Bywało, że miała jednocześnie czterech pracodawców.

– Muszę mieć na pieniądze na wynajem i na utrzymanie siebie i dziecka. Gdyby nie ten kredyt… Widzi pani, jak przez jedną decyzję można sobie zrobić krzywdę? Może nasz związek i tak by się rozpadł, ale na pewno łatwiej byłoby się rozstać bez tych strasznych zobowiązań finansowych. Mówię spokojnie, ale w środku chce mi się krzyczeć.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej