Wiadomość, którą Anna Alboth – Polka mieszkająca w Berlinie, podróżniczka, dziennikarka, blogerka, aktywistka, matka dwóch córek, żona Thomasa Albotha, Niemca – otworzyła w styczniu tego roku, informowała, że amerykański profesor psychologii (prosi, by nie upubliczniać jego nazwiska), badacz współczucia, ma przyjemność nominować Civil March for Aleppo, który wymyśliła, do Pokojowej Nagrody Nobla.

Pani Alboth, pogłoski są prawdziwe

Nie zdążyła się ucieszyć. Od razu pomyślała, że ktoś znów robi sobie z niej żarty, że to kolejna prowokacja, chcą zobaczyć, jak się zachowa, co odpisze. Więc nic nie odpisała. Ponieważ jednak nie mogła spać, po dwóch dniach wysłała wiadomość do profesora. Czy to prawda? Odpisał natychmiast: „Mrs Alboth, the rumors are true”.

– Przy pierwszej rozmowie powiedziałam mu, że to bez sensu, bo to nagroda pokojowa, a „pokojowy” to ostatnie słowo, które mi się kojarzy z tym marszem – mówi Anna. – „Profesorze – mówię – tam było tyle kłótni i awantur, ludzie przeze mnie odchodzili z płaczem. Przeze mnie!” On pyta: „A ilu tych ludzi odeszło?”. „No, kilka osób”. A on, że to nie ma znaczenia. Że było wystarczająco dużo pokoju w tym marszu, byśmy go ukończyli. I że zrobiliśmy coś wbrew wszelkim jego badaniom. Powinniśmy byli się pokłócić po dwóch tygodniach i rozejść.

Profesor nominował marsz do Nagrody Nobla w dniu swoich 80. urodzin. Prezent dla samego siebie od naukowca, który od 60 lat zajmuje się psychologią pomagania, bada, co ludzi motywuje, analizuje procesy podejmowania decyzji w warunkach ryzyka, ostatnio zajmuje się psychologicznymi czynnikami, które przyczyniają się do wzrostu apatii wobec ludobójstwa. – Przeprowadził badanie na temat tego, dlaczego zdjęcie martwego syryjskiego chłopca leżącego na plaży wywołuje reakcje, a inne zdjęcia nie – mówi Anna. – Powiedział mi, że wzbudzenie winy w ludziach, pytanie: „Dlaczego nic nie robicie?!”, nigdy nie działa. Rozmowy z nim bardzo mi pomogły, bo byłam sfrustrowana tym, że na marszu jest tak mało ludzi. Wytłumaczył mi, że potrzeba pomagania u każdego jest na innym poziomie – jednemu wystarczy, że wpłaci 10 euro na pomoc Syrii i już się czuje dobrze. A są inni, którym to nie wystarczy.

A gdybyśmy tak wszyscy wstali i poszli?

Sobotę w listopadzie 2016 roku Anna Alboth spędziła w ośrodku dla uchodźców. Odkąd zorganizowała akcję zbierania śpiworów dla nich, zagląda do ośrodków często. Przywozi kobietom kosmetyki, biustonosze, biżuterię – tych rzeczy ośrodki zazwyczaj nie zbierają, bo nie są to artykuły pierwszej potrzeby. Syryjki zaprosiły ją na kolację. Telewizor w pokoju nadawał zdjęcia z bombardowania Aleppo, ale Anna zmieniała temat, pytała o przepis na hummus, bo była tam z siedmioletnią córką.

– Wieczorem, gdy położyłam dzieci spać, usiadłam i pomyślałam, że to nie w porządku, żeby od tego tak uciekać, i że właśnie obejrzę teraz to wszystko. Obejrzałam. I pękłam. Rozbiły mnie zdjęcia, na których pielęgniarki wyciągały wcześniaki z inkubatorów podczas ewakuacji bombardowanego szpitala. Moje córki były wcześniakami i dla mnie inkubator to symbol ratowania życia, a nie rozwalania świata.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej