Kłamać?

Nigdy.

To co powiedzieć dziecku, które umiera?

Prawdę. Bo już dawno znalazło w internecie swoją chorobę, przeczytało o rokowaniach. Po siedmiu latach pracy w hospicjum domowym zauważyłam, że maluchy nie odczuwają tragizmu śmierci. Słabsze ciało, choroba to coś nie tylko naturalnego, ale też abstrakcyjnego. Dziecko nie rozumie, że zniknie z tego świata. Czasami się boi. Nie o siebie, tylko o rodziców, którzy stoją obok łóżka i płaczą. Maluch myśli, że cierpią właśnie przez niego. Wtedy muszę interweniować. Wyciągam dorosłych do drugiego pokoju i nie pozwalam, by swoimi lękami obarczali syna albo córkę.

Dzieci też nie udają, że śmierci nie ma. Jedne nie wymawiają tego słowa, choć wiedzą, dlaczego przyjechałam. Inne pytają wprost: „Proszę pani, czy ja umrę? Ile mam jeszcze dni?”. I musi pan odpowiedzieć. Ważna jest forma. Nie można walnąć, że to koniec, finito, zostały trzy tygodnia życia. Trzeba wytłumaczyć: „Podaję ci lek, robię, co mogę, ale w tej chwili medycyna jest bezradna”. Pacjent to nie petent w urzędzie. Niestety, widziałam w szpitalach, jak lekarz na korytarzu przekazywał rodzinie informację o śmierci dziecka. Pewnie tak jest łatwiej. Ale czy to ludzkie?

Istnieje jeszcze jedno zdanie, które powinno paść: „Jesteś coraz słabszy, ale będę przy tobie”.

Dlaczego jest tak ważne?

Bo każdy człowiek, nawet najmniejszy, musi mieć czas na uporządkowanie własnych spraw i pogodzenie się. Druga rzecz nie zawsze wypala. Poza tym nie można się zachowywać jak część medyków, którzy na widok agonii dziecka tłumaczą rodzicom: „Proszę państwa, może się zdarzyć wszystko”. Co to znaczy? Że dziecko pójdzie na studia? Nie, nie zdarzy się wszystko. Dziecko umrze.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Warto korzystać z hospicjum [INFORMATOR]

Nastolatki reagują inaczej?

Czasem się buntują, nawet ostatnio nasze hospicjum miało taką sytuację. Jeździliśmy do dziewczynki, która chorowała na zespół Downa. Do tego wada serca, rurka tracheotomijna. Gdy tylko zaczęliśmy się nią opiekować, jej brat Filip nagle poczuł się gorzej. To był zawsze zdrowy chłopak, miał zaraz zacząć prawko, poszedł już do szkoły mundurowej, wskoczył w wymarzony i świetnie skrojony mundur. A tu diagnoza: białaczka. Po tej wiadomości dostał kolejnego kopa od życia. Wyrzuciła go szkoła. Odwiesił mundur.

Wiedział, co to hospicjum. Traktował je jak umieralnię. Złościł się na wizytach, krzyczał albo cedził przez zaciśnięte zęby: „Mam was w dupie!”. Tylko przez dobre wychowanie nie wyrzucił nas z domu. Akceptowaliśmy to, bo zawsze staramy się być krok za podopiecznym.

Rodzice sami próbowali leczyć Filipa. Gdy wyszedł ze szpitala, stosowali medycynę naturalną. Nic z tego, choroba postępowała. Ale zrobili piękną rzecz – wyzbyli się egoizmu, nie wywieźli go do szpitala. Chłopiec odszedł we własnym domu. Nie dożył osiemnastki, o której marzył.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej