Kłamać?

Nigdy.

To co powiedzieć dziecku, które umiera?

Prawdę. Bo już dawno znalazło w internecie swoją chorobę, przeczytało o rokowaniach. Po siedmiu latach pracy w hospicjum domowym zauważyłam, że maluchy nie odczuwają tragizmu śmierci. Słabsze ciało, choroba to coś nie tylko naturalnego, ale też abstrakcyjnego. Dziecko nie rozumie, że zniknie z tego świata. Czasami się boi. Nie o siebie, tylko o rodziców, którzy stoją obok łóżka i płaczą. Maluch myśli, że cierpią właśnie przez niego. Wtedy muszę interweniować. Wyciągam dorosłych do drugiego pokoju i nie pozwalam, by swoimi lękami obarczali syna albo córkę.

Dzieci też nie udają, że śmierci nie ma. Jedne nie wymawiają tego słowa, choć wiedzą, dlaczego przyjechałam. Inne pytają wprost: „Proszę pani, czy ja umrę? Ile mam jeszcze dni?”. I musi pan odpowiedzieć. Ważna jest forma. Nie można walnąć, że to koniec, finito, zostały trzy tygodnia życia. Trzeba wytłumaczyć: „Podaję ci lek, robię, co mogę, ale w tej chwili medycyna jest bezradna”. Pacjent to nie petent w urzędzie. Niestety, widziałam w szpitalach, jak lekarz na korytarzu przekazywał rodzinie informację o śmierci dziecka. Pewnie tak jest łatwiej. Ale czy to ludzkie?

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej