Magdalena Piekorz – reżyserka filmów dokumentalnych i fabularnych, w tym m.in. filmu „Pręgi”, który w 2004 r. zdobył Złote Lwy i był polskim kandydatem do Oscara, a także filmów „Senność” i „Zbliżenia” (w przypadku tego ostatniego była również współautorką scenariusza). Zrealizowała także spektakle teatralne i widowiska telewizyjne, m.in. koncert poświęcony twórczości Ewy Demarczyk „Panna Modonna, legenda tych lat” i musical „Oliver!” wystawiony w Teatrze Rozrywki w Chorzowie

Nie uważasz, że to dobry materiał na film?

Gdybym zrealizowała film fabularny o tym, co przeszłam przez ostatnie trzy lata, nikt by nie uwierzył, że to wszystko wydarzyło się naprawdę.

Jak się zaczęła choroba?

Był luty 2015 r. Kilka miesięcy wcześniej zakończyła się promocja mojego ostatniego filmu „Zbliżenia”. Wracałam właśnie z festiwalu Prowincjonalia we Wrześni, na którym film otrzymał nagrodę za zdjęcia i muzykę. W Poznaniu zrobiłam przerwę w podróży. Było zimno i wietrznie, a ja byłam ubrana dość lekko. Choroba zaatakowała nagle i niespodziewanie. Najpierw pojawiły się potworne bóle prawej strony twarzy i głowy trwające nawet po kilka dni. Do tego dołączyły napadowe ataki kataru. Pomyślałam, że to przeziębienie albo grypa. Wezmę lekarstwa, poleżę w łóżku i wszystko będzie dobrze. Ale nie było.

Z dnia na dzień z zupełnie zdrowej i aktywnej osoby stałam się wrakiem człowieka. Czułam, że rozpadam się na kawałki. Ból totalnie wyłączył mnie z życia. Na dodatek żaden lekarz nie umiał postawić mi diagnozy.

Po roku szukania po omacku laryngolog uznał, że to jednak zatoki i zaproponował, że zrobi mi prywatnie operację przegrody nosowej, która – jego zdaniem – blokowała ujście zatok, wywołując ból. Inny laryngolog zdecydowanie mi ten zabieg odradził, mówiąc, że nie ma do niego podstaw, ale byłam już tak umęczona bólem, że zrobiłabym wszystko, żeby się wreszcie skończył.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Ból przewlekły to choroba: obniża jakość życia, aktywność ruchową, nastrój i zaburza sen. Dotyka co trzecią osobę

Udało się?

Niestety, po operacji bóle się nasiliły. Wróciłam do kliniki, w której wykonano zabieg, bo myślałam, że coś poszło nie tak, ale okazało się, że laryngologicznie wszystko jest bez zarzutu. Tymczasem moje ciało krzyczało o pomoc. Zostawiono mnie na kilka dni na obserwacji, podano serię kroplówek, po których atak bólu trochę się uspokoił, i wypuszczono do domu. Nie minęło parę dni i zaczęła mnie boleć prawa ręka, potem noga i plecy. Ból był ostry i rozprzestrzeniał się do klatki piersiowej. Myślałam, że mam zawał. Mój partner Przemek pędził ze mną do szpitala. Zawału nie miałam, ale zostawiono mnie w szpitalu. Trafiłam na neurologię, na której spędziłam trzy tygodnie.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej