W „Opowieści o miłości i mroku” opisuje pan, jak ojciec tłumaczy panu znaczenie słów. Czy mógłby pan zrobić to samo dla mnie i wytłumaczyć mi, czym jest miłość?

Nie jestem pewien, czy potrafię to wytłumaczyć, ale mogę spróbować ją opisać. Zacznijmy od tego, że słowo „miłość” we wszystkich językach zostało niezwykle nadmuchane. Stało się niejasne i tak pojemne, że niemal straciło wyjściowe znaczenie.

W latach 60. byłem 30-latkiem, czyli trochę zbyt stary jak na hipisa, ale pamiętam bardzo wyraźnie, jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie idea, że miłość jest odpowiedzią na wszystkie problemy świata. „All you need is love” – śpiewali Beatlesi. Hasła głosiły: „Make love, not war”. Zaczarowało mnie to. Nie chcemy komunizmu, nie chcemy kapitalizmu, nie chcemy syjonizmu – chcemy miłości! Każdy będzie kochał każdego i świat zostanie uratowany.

Niestety, przez lata stawałem się coraz bardziej sceptyczny, gdy chodzi o tę ideę. Doszedłem, poprzez osobiste doświadczenia, do dwóch prostych prawd. Po pierwsze, że miłość to rzadko spotykany minerał. Nie jest możliwe – ze względów fizycznych i emocjonalnych – by kochać całą ludzkość.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej