Wstajesz o 5 rano lub ciut wcześniej, żeby ze wszystkim zdążyć. Pijesz szklankę ciepłej wody z cytryną i octem jabłkowym (detoks), po czym zabierasz się do robienia soku (bomba witaminowa). Potrzebne ci będą: jarmuż, czerwona papryka i seler naciowy. Broń Boże owoc, bo owoc to cukier, a cukier jest straszny. Dorzucasz łyżeczkę trawiasto zielonych alg. Już cię nawet nie skręca ten ich podgniły aromat. Przyzwyczaiłaś się – przecież pijesz ten koktajl codziennie od kilku lat.

Po soku przychodzi czas na 45-minutową przebieżkę, potem trening siłowy i prysznic. Włosy myjesz sodą oczyszczoną – tak jest najlepiej dla skóry głowy – usta płuczesz olejem kokosowym, który działa przeciwbakteryjnie i przeciwwirusowo. Z tego względu za chwilę natrzesz nim całe ciało. Liczysz na to, że w ten sposób uzdrowisz organizm przez skórę, a przy okazji ją nawilżysz. Gdy wychodzisz z łazienki, jest już 6.30. Nastawiasz kaszę owsianą – innej formy owsa nie tolerujesz. Dorzucasz borówki (mają mało cukru) i jagody goji (działają antyrakowo), cynamon (zwalcza stan zapalny), marchew (hamuje procesy oksydacyjne). Kaszy robisz dwie porcje, żeby zabrać do pracy. Jesz ją na lunch, popijając sokiem z buraka – jedyną normalną rzeczą, którą dają w biurowcowym bufecie.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej