Cicha noc, święta noc. Pokój niesie ludziom wszem. Niestety, nie wszystkim. Znam rodziny, które nawet przy świątecznym stole toczą nieustanną wojnę domową. Wojnę na gesty, wojnę na słowa.

Mam bardzo małą rodzinę. Wojna dokonała w naszej familii strasznego spustoszenia. Nie znałam żadnego z moich dziadków. Nie miałam wielu wujków i cioć. Katyń, Sybir, egzekucje – to słowa, które znam nie tylko z podręczników. Pewnie dlatego dbamy, żeby rodzina trzymała się razem, a święta spędzamy zawsze wspólnie. Narty, egzotyczne wyjazdy, pobyt w spa muszą poczekać. Święta to czas dla naszej rodziny, która zlatuje się z daleka i z bliska. Lubimy się, to może nam jest łatwiej. Łatwiej być razem. I żeby nie było tak landrynkowo, to nie są święta idealne. Czasami ktoś coś palnie, starszyzna ponarzeka (co roku na to samo) i ktoś dostanie skarpetki w prezencie. Wszystko to nasz rodzinny koloryt lokalny. Ale innych świąt sobie nie wyobrażam.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej