Alicja Długołęcka zajmuje się edukacją i poradnictwem psychoseksualnym. Szczególnie bliskie są jej tematy dotyczące zdrowia seksualnego i seksualności kobiet

ANNA ŚMIGULEC: Pani też?

ALICJA DŁUGOŁĘCKA: Ja też. Wiele razy. Pierwszy raz, jak miałam z siedem lat i szpakowaty przystojny mężczyzna próbował mnie pocałować – „tak jak na filmach” – w windzie. To był artysta, albo się podszywał, który zaczepił mnie, kiedy wracałam ze szkoły. Jako dziecko chciałam być malarką, a on tak pięknie ze mną rozmawiał, że najpierw zaprowadził mnie do osiedlowego ośrodka kultury, gdzie wisiały jego obrazy, a potem pojechałam z nim windą zobaczyć inne obrazy. Miałam szczęście, że to nie był pedofil agresywny, tylko taki, który próbował zdobyć moje zaufanie i po prostu się pospieszył. Bo ja się wtedy przestraszyłam i uciekłam, jak tylko wyszliśmy. I wcale nie dlatego, że wiedziałam, co on mi może zrobić, tylko bałam się, że rodzice będą mieć do mnie pretensje: „Jak mogłaś pójść gdzieś z obcym panem!”. Albo mężczyzna, który czekał na mnie i koleżanki pod osiedlowym sklepem i instruował, jak mamy lizać lody. A my miałyśmy osiem lat i nie rozumiałyśmy, o co mu chodzi, ale wydawał się nam jakiś obrzydliwy. W tym samym roku obcy mężczyzna masturbował się przy mnie. Też nie wiedziałam, co robi, myślałam, że sika.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej