Alicja Długołęcka zajmuje się edukacją i poradnictwem psychoseksualnym. Szczególnie bliskie są jej tematy dotyczące zdrowia seksualnego i seksualności kobiet

ANNA ŚMIGULEC: Pani też?

ALICJA DŁUGOŁĘCKA: Ja też. Wiele razy. Pierwszy raz, jak miałam z siedem lat i szpakowaty przystojny mężczyzna próbował mnie pocałować – „tak jak na filmach” – w windzie. To był artysta, albo się podszywał, który zaczepił mnie, kiedy wracałam ze szkoły. Jako dziecko chciałam być malarką, a on tak pięknie ze mną rozmawiał, że najpierw zaprowadził mnie do osiedlowego ośrodka kultury, gdzie wisiały jego obrazy, a potem pojechałam z nim windą zobaczyć inne obrazy. Miałam szczęście, że to nie był pedofil agresywny, tylko taki, który próbował zdobyć moje zaufanie i po prostu się pospieszył. Bo ja się wtedy przestraszyłam i uciekłam, jak tylko wyszliśmy. I wcale nie dlatego, że wiedziałam, co on mi może zrobić, tylko bałam się, że rodzice będą mieć do mnie pretensje: „Jak mogłaś pójść gdzieś z obcym panem!”. Albo mężczyzna, który czekał na mnie i koleżanki pod osiedlowym sklepem i instruował, jak mamy lizać lody. A my miałyśmy osiem lat i nie rozumiałyśmy, o co mu chodzi, ale wydawał się nam jakiś obrzydliwy. W tym samym roku obcy mężczyzna masturbował się przy mnie. Też nie wiedziałam, co robi, myślałam, że sika.

Z rzeczy pozornie niegroźnych – kiedy byłam w trzeciej klasie liceum, nauczyciel wychowania technicznego, z którego miałam nie zdać, dał mi do ręki pieniądze, siatkę i listę zakupów. I kazał mi pójść do sklepu. Przyniosłam mu te zakupy, on spojrzał na mnie z pogardą, wpisał mi w dzienniku tróję z trzema minusami, pamiętam dokładnie, i powiedział, że nadaję się tylko do robienia zakupów. I tak zakończyłam klasę trzecią liceum, po czym zmieniłam szkołę. Dzisiaj żartuję, że wtedy zrodziła się we mnie świadomość feministyczna.

PRZECZYTAJ TAKŻE: #MeToo jak fala

Co to w ogóle za pomysł, żeby wysyłać uczennicę po zakupy?

Chodziło o upokorzenie. Ja to określam jako rodzaj gwałtu psychicznego. Czyli pokazanie: tu jest twoje miejsce, głupia nastolatko, samiczko o małym rozumku.

I to było molestowanie?

W moim odczuciu tak. Bo wiązało się z upokorzeniem, zawstydzeniem uwzględniającym płeć.

I to sobie wyjaśnijmy – słowo „seksualne” nie oznacza: ściśle związane z czynnością seksualną. Oznacza zachowania opresyjne wynikające z tego, że mamy płeć.

Samo słowo „molestować” wywodzi się z łaciny: „molestare” oznacza drażnić, naprzykrzać się. Dzisiaj można by powiedzieć: przymuszanie. Kogoś do czegoś: do swojego towarzystwa, do słuchania, do patrzenia, do dotykania, do seksu, chociaż powszechnie jest kojarzone z jawnie seksualnymi propozycjami, złym dotykiem i przemocą. Cała definicja brzmi: „Jest to każde nieakceptowane zachowanie o charakterze seksualnym lub odnoszące się do płci, którego celem lub skutkiem jest naruszenie godności lub poniżenie albo upokorzenie; na zachowanie to mogą się składać fizyczne, werbalne lub pozawerbalne elementy” (art. 183a § 6 k.p.).

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej