Rozmowa z Marysią Makowską, reżyserką mieszkającą i pracującą w Nowym Jorku

Monika Kucel/Element Żeński: Kompleksy i nadmierna skromność spowalniały mój rozwój” – powiedziałaś w jednym z wywiadów. Jak się z tym uporałaś?

W Polsce w latach 80., gdy byłam dzieckiem, przywiązywano dużą wagę do tego, co ludzie powiedzą. Wtłoczono mi frazesy: „Nie pokazuj się, nie wychylaj” oraz „Żeby ci woda sodowa nie uderzyła do głowy”. Bardzo długo, nawet gdy odnosiłam sukcesy, takie myśli pojawiały się w mojej głowie przed radością. Tak zaprogramowana znalazłam się w wieku 30 lat w Nowym Jorku, w którym ceni się indywidualizm i autentyczność. Tymczasem co ja robię? Nie wychylam się z szeregu. I non stop kontroluję: czy to, co robię, jest dobre, czy pasuję, czy dobrze wyglądam, czy jestem ubrana stosownie do okazji, czy jestem wystarczająco „cool”. Takie ciągłe sprawdzanie się, na które mówi się tutaj „self-awareness”. Nie jesteś wolną osobą, próbujesz wpasować się w coś, czego dokładnie nie rozumiesz. To był mój podstawowy problem. A ludzie w Nowym Jorku wyczuwają ściemę na odległość i wiedzą, że się cenzurujesz, chcąc się przypodobać. Druga sprawa – syndrom emigranta, który manifestuje się byciem miłym, uśmiechniętym i uległym. Potrzebujesz akceptacji, żeby dobrze się poczuć w nowej rzeczywistości.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej