Spotykamy się w siódemkę: grono dietetyczek, znanych wielu z nas z telewizji, gazet, magazynów. Napiszę: dietetyczek celebrytek, ale pewnie je tym zdenerwuję i to wytną. Bo są wkurzone. To dlatego tu jesteśmy.

– Na co się tak wkurzacie? – pytam.

Agata Ziemnicka: – Wkurzyłam się, oglądając wystąpienie jednej z moich koleżanek. Patrzyłam na nią i myślałam: „Kurczę, mamy tyle wiedzy, a kolejny raz mówimy jeden procent tego, co wiemy. I tego, co byśmy chciały powiedzieć. I tak powstał pomysł, żeby mówić wspólnym językiem. Zebrać nas w grupę.

Hania Stolińska-Fiedorowicz: – Spłycamy swoje wypowiedzi, nie mówimy całościowo o diecie. Mówimy o marchewce, bo jest właśnie jakiś dzień marchewki, o buraku, o ziemniaku. Można o tym mówić, ale dlaczego stale w oderwaniu od całości żywienia?

Przez chwilę wszystkie mówią naraz. Że jedzenia nikt nie traktuje poważnie, że ludzie z powodu otyłości i złej diety umierają nie tylko w USA, ale także w Polsce, że dane dotyczące naszego społeczeństwa, dzieci, otyłości są przerażające.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej