Kiedy obwieściłam francuskim teściom, że będę karmić piersią, teściowa wymieniła ze szwagierkami znaczące spojrzenia i powiedziała, że owszem, fantastycznie, ale trochę niesprawiedliwie. "Bo tylko ty będziesz wstawać w nocy do dziecka!". Nigdy bym na to nie wpadła, przecież to moje piersi produkują mleko.

Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że we Francji najważniejszym obowiązkiem kobiety po porodzie jest wrócić jak najszybciej do pracy, formy i alkowy, czyli do życia sprzed ciąży.

Moje piersi są dla mojego partnera

Francuzka jest przede wszystkim kobietą, a nie matką. Świetnie ilustruje to lokalne powiedzonko: "Moje piersi są dla mojego partnera, a nie dla mojego dziecka". Dla polskiego ucha może brzmieć to nieco obrazoburczo, ale w praktyce daje matce poczucie, że nikt jej nie będzie oceniał, jeśli wybierze butelkę. Owszem, mleko matki to najlepszy pokarm dla niemowlęcia i zgodnie z wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia powinien stanowić podstawę jadłospisu dziecka do szóstego miesiąca życia. Jednak w praktyce często świeżo upieczona mama musi jak najszybciej wrócić do pracy, aby dopiąć domowy budżet. Tak, są laktatory. Ale nie wszystkie dzieci chcą pić mleko mamy z butelki. Moje nie chciało. Poza tym we Francji dużą wagę przykłada się do zasady: "Szczęśliwa mama równa się szczęśliwe dziecko". W Polsce to nadal często temat tabu, ale dla wielu matek karmienie piersią nie jest, delikatnie mówiąc, niczym przyjemnym. Tymczasem we Francji, w szpitalu, pierwszą noc po porodzie pielęgniarka wzięła moją córkę na noc z pokrzepiającym: "Wyśpij się, mamo". Mała dostała dwa razy mleko z butelki, a ja na drugi dzień miałam więcej energii, żeby zmierzyć się z karmieniem piersią.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej