Czy matki ofiar Jacksona są winne krzywdy swoich dzieci? Myślałam o tym, oglądając dokument „Leaving Neverland” oraz czytając niektóre komentarze w dyskusjach na jego temat. A w nich: matki stręczycielki, patologia, przerost własnej ambicji kosztem dziecka.

Ciekawe, że o ojcu Jamesa Safechucka (ojciec drugiego bohatera, Wade'a Robsona, nie żyje, zmarł tragicznie) w komentarzach nie ma ani słowa. Nikt się nad nim nie pastwi,  nie zarzuca mu stręczycielstwa, nie analizuje jego współodpowiedzialności. A z opowieści wynika, że mężczyzna miał duży wpływ na rozwój wydarzeń, też czerpał finansowe profity ze znajomości z Jacksonem (umorzenie długu zaciągniętego na dom) i to on mówił najgłośniej, że „trzeba bronić Michaela”, kiedy w 2003 gwiazdor został ponownie oskarżony o pedofilię i szukano świadków obrony. Ale ojca Jamesa Safechucka nie ma w komentarzach, bo nie ma go w filmie. Wybrał bezpieczną pozycję, w cieniu, bez konieczności konfrontowania się z bolesnym dla rodzica pytaniem o to, czy czuje się winny tego, że nie ochronił swojego dziecka przed przemocą seksualną.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej